wtorek, 6 grudnia 2016

Wtorkowe spotkania kulturalne: Grażyna Jeromin-Gałuszka "Magnolia"

Fot. Michał Andrzej Oleksa 

Kiedy na dworze robi się zimno, za oknem mrozi i wieje, a ciemne popołudnia nie zachęcają do długich spacerów i spędzania czasu na zewnątrz, lubię wejść w ciepło książki, która potrafi nie tylko oczarować od pierwszych stron, ale i przypomnieć o nadziei, zwracając jednocześnie uwagę na ludzkie losy i niezwykłość tych, którzy sami uważają się za najzwyklejszych. 
Książką, która ogrzewała mnie przez ostatnie zimowe wieczory, i która przyniosła mi wiele radości czytania, jest "Magnolia" Grażyny Jeromin-Gałuszki. Nie mogło jednak być inaczej, bowiem to nazwisko nigdy mnie nie rozczarowało. Ilekroć sięgam po powieść pani Grażyny wiem, że nie będzie ona przypadkowym zlepkiem miałkich słów, tylko kolejną perełką i prawdziwą duchową ucztą, zaskakującą i nieprzewidywalną jak bohaterki "Magnolii". 

"Trzy wzgórza utonęły w bielutkiej mgle. Czwartego, tamtego z tyłu, w ogóle nie było widać. Tak czasem bywało po długotrwałych opadach. Wzgórza, parując, wyłaniały się z delikatnych welonów mgły. Uśpione monotonią deszczu bardzo nieśpiesznie poddawały się słońcu, które powoli zaczynało je odsłaniać, rozjaśniając każde swoim światłem, jakby chciały sobie jeszcze podrzemać, pośnić."

Fot. Marcin Piotr Oleksa 

Kiedy Filip Spalski kupił Magnolię, pensjonat w dalekich Bieszczadach piękny jedynie z nazwy, nie przypuszczał, że jego życie, które po odejściu żony i utracie pracy pozbawione zostało jakiegokolwiek sensu, nabierze go w tak bezsensownym miejscu niemalże na końcu świata, z drogami donikąd. Oderwany od wszystkiego co dotąd znał i kochał - zgiełku tętniącego życiem miasta, uporządkowanej codzienności, komfortu i przewidywalności oraz poczucia, że ma nad wszystkim kontrolę, Filip przyjmuje swoją nową drogę jak zesłanie, na jakie sam się skazał w bezsilności udźwignięcia istnienia, które go przerosło. 
Nic w Magnolii nie jest takie, na jakie wygląda i nikogo z osób odwiedzających to miejsce regularnie nie da się jednoznacznie określić ani scharakteryzować. Każdy z nich skrywa jakąś tajemnicę, choć początkowo Filip ma to wszystko w nosie. Magnolia jest mu potrzebna jedynie po to, aby zabić czymś nadchodzące dni, wyciszyć ból pojawiający się z każdą myślą dotykającą przeszłości, i nauczyć się wstawać rano z łóżka pomimo tego, że wcale nie ma no to ochoty. Najpierw ucieka więc od życia które znał, i które go dotkliwie zraniło; potem wybiera drogę upodlenia i alkoholu znieczulającego  jedynie na chwilę. Chcąc skończyć z tym, co boli, jednocześnie trzyma się kurczowo marnej ludzkiej egzystencji, tak naprawdę nie znajdując pociechy w niczym i w nikim. 

Fot. Beata Soczyńska 

Pogrążając się w otchłani półistnienia, Filip sam sobie wymierza karę za złudzenia, jakimi dotąd się otaczał, i za pychę, która zmyliła czujność. Magnolia, knajpa z hotelikiem w budynku po starym więzieniu, była najbardziej odpowiednim miejscem, na jakie Filip w tej chwili zasługiwał. Zginąłby tam z głodu, albo zapił się na śmierć, gdyby nie kobiety, które go irytowały i były dla Filipa absurdem całej tej nowej rzeczywistości. 
Czesia Gawlińska, najskuteczniejsza broń Magnolii i motor, dzięki któremu to miejsce nadal funkcjonowało, wyśmienita kucharka i najbardziej upierdliwa osoba, z jaką Filip kiedykolwiek miał do czynienia. Marlena, wpadająca do Magnolii regularnie dwa razy dziennie na kawę z ekspresu, czytająca nieaktualne gazety, które kupowała od obwoźnego sprzedawcy, Zenka Jaszczuka, w Bieszczadach szukająca ucieczki od zgiełku rozkrzyczanego świata, który drażnił tak bardzo, że z niego zrezygnowała. Kolorowa jak ptak Doris, dziewczyna, która przyjechała na chwilę i została na dłużej, pełna skrajności i z tajemnicą odkrytą z niemałym zaskoczeniem. Tuśka opowiadająca nieustannie historię miłości Luizy i Rudolfa, plącząca się wiecznie pod nogami dziewczynka, która wszystkich w Magnolii próbowała przekonać, że jest najbardziej beztroskim dzieckiem na świecie, choć żołądek ściskał się z głodu, o czym nikomu nie powiedziała ani słowa. I Olga z uśmiechem, który ogrzewał, i z łagodnością, jaką obdarowywała wszystkich wszędzie tam, gdzie się znalazła. Codziennie w sezonie przywoziła na rowerze świeże warzywa i owoce, aby zarobić choć parę groszy, a potem, z tym samym łagodnym uśmiechem odjeżdżała do sparaliżowanego i dużo starszego od siebie męża, którym troskliwie się opiekowała, a Filip długo odprowadzał wzrokiem jej drobną sylwetkę, w twarzy Olgi odnajdując jedyne ukojenie.  

"Może jest tak, że człowiek musi mieć kogoś, kogo kocha. Lub coś. Może to konieczne, by czuć, że się w ogóle żyje, należy do jakiegoś świata." 

Fot. Beata Soczyńska 

Magnolia staje się dla Filipa rzeczywistością, w jakiej powoli uczy się odnajdywać. Codziennością, w której ma pewne stałe punkty odniesienia, potrzebne każdemu człowiekowi. Uczy go na nowo czegoś chcieć. I trwa wraz z Filipem, na przekór wszystkiemu. 
"Magnolia", opowieść Grażyny Jeromin-Gałuszki, jest jedną z tych historii, z których nie chce się wychodzić. Czytelnik tak bardzo zżywa się z bohaterami, że ma ochotę pozostać z nimi i zajrzeć poza to, czego autorka już nie dopowiedziała. 
Grażyna Jeromin-Gałuszka jest mistrzynią w kreśleniu bardzo wiarygodnych, a przy tym złożonych postaci kobiecych. Stopniowo odkrywa przed czytelnikiem całą gamę emocji towarzyszących kreowanym przez nią bohaterkom i zawsze zaskakuje pokazując, że nic nie jest tak oczywiste, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka. Dodatkowo autorka przyprawia swoje powieści taką dawką ciepła, że w zimowe dni rozgrzewają lepiej niż koc i herbata z malinami. Jeśli dodam do tego przewrotne poczucie humoru i piękny język, w którym czytelnik zanurza się z podobną przyjemnością jak w snutej na kartkach książki opowieści, wychodzi obraz całości - powieść do smakowania, zdanie po zdaniu i strona po stronie. 
Szukając gwiazdkowego prezentu, warto zatrzymać się przy książce, a te, które wyszły spod pióra Grażyny Jeromin-Gałuszki, polecam najbardziej, bo naprawdę nie rozczarują, i pozostawią z uczuciem niedosytu, jaki ja osobiście czuję po przeczytaniu "Magnolii", pięknej i mądrej opowieści o życiu. 
Monika A. Oleksa 

Fot. Michał Andrzej Oleksa 



4 komentarze:

  1. Mam tę książkę. Mam i nie mam. Wędruje wśród znajomych, którzy nie mogą się z nią rozstać. Kiedy wróci - od razu przeczytam:) Pięknie o niej piszesz:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O książkach pani Grażyny nie da się pisać inaczej, Olu. Są przesycone mądrością i ciepłem, a przy tym zupełnie pozbawione banalności i mocno nieprzewidywalne. Cenię też ogromnie przewrotne poczucie humoru Autorki, i jej język, w który "wchodzi" się z wielką przyjemnością.
      Nie dziwię się, że ta książka wędruje wśród Twoich znajomych :) Jak tylko wróci, przeczytaj koniecznie! Nie rozczarujesz się!
      Pozdrawiam Cię cieplutko z cudnie mroźnego Lublina :D
      M.

      Usuń
  2. Czytałam całkiem niedawno i na ten niedosyt mam już kolejne 2 części (-: Pozdrawiam serdecznie (-: Renata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na mojej półce stoi już kolejna część, a ta najnowsza będzie pod choinką :D. Na razie dawkuję sobie przyjemność i do świąt przeciągam moment oczekiwania, podsycając niedosyt :).
      Pozdrawiam Cię, Reniu, bardzo serdecznie!
      M.

      Usuń