sobota, 26 stycznia 2013

Jest takie miejsce...

Fot. Marcin Oleksa



W mroźny, zimowy i przysypany śniegiem dzień zapragnęłam uciec od mojej codzienności i nabrać do niej sił, aby potem móc czerpać z niej radość. Na mapie Polski wybrałam punkt, na którym zatrzymał się mój palec. Kazimierz Dolny nad Wisłą. Tętniący życiem latem, a zimą zasłuchany w kojącą ciszę i pokryty białym puchem. Piękny. Trochę niepokorny i nie dający się wcisnąć w żadne ramki i schematy. Majestatyczny. Dumny, bo ma tak wiele do zaoferowania i zdaje sobie z tego sprawę. Królewskie miasto.
Każdy pobyt w Kazimierzu dla mnie jest jak smakowanie czegoś wyjątkowego. Lubię to miejsce najbardziej jesienią i zimą, gdy lekko przysypia i stara się byc sobą, odpoczywając od turystów, którzy chcą mu narzucić własny styl życia. Pozwolisz, że spróbuję Cię teraz zaczarować?
Wyobraź sobie, że idziesz zasypaną śniegiem ścieżką, pod nogami skrzypi mróz, a Ty czujesz, że drętwieją Ci palce rąk i nóg i masz  wielką ochotę usiąść przy kominku, zamówić gorącą herbatę i pooddychać atmosferą prawdziwego Kazimierza. Wybór restauracji i kawiarenek w Kazimierzu jest ogromny. Każda kusi, ale Twój wzrok przyciąga ogród rozświetlony małymi, stylowymi latarenkami; drewniany mostek i otulone śniegiem choinki. Małe schodki prowadzą Cię do wnętrza, które od pierwszego kroku przenosi Cię do czasów: lata dwudzieste, lata trzydzieste. To moja epoka; dla mnie czas zatrzymał się właśnie wtedy, a Dwa Księżyce sprawiają, że podróż w czasie naprawdę jest możliwa. Zamykam za sobą drzwi oddzielające mnie od rozkrzyczanego świata i wiem, że zostanę tu na dłużej. Siadam przy stoliku znajdującym się najbliżej przystrojonego jeszcze świątecznie kominka. Jest mi ciepło, miło i wygodnie. Dyskretnie rozglądam się dookoła i wszystko mnie tu zachwyca. Nie ma tu "sklonowanych" krzeseł i stolików, które sprawiają, że można się poczuć wtopionym we wnętrze, w którym wszystko jest jednakowe. Tutaj każdy stolik jest inny i udekorowany drobnymi szczegółami, które sprawiają, że osoba, która przy nim siada, czuje się wyjątkowa. Jestem estetką i cenię piękno, dlatego mój wzrok od razu przyciąga wyszywana ręcznie koralikami, delikatna serweta - bieżnik. Postawiony na niej czajniczek z herbatą dopełnia wszystkiego. Jest mi dobrze, ciepło i przyjemnie. Mogę tak siedzieć w nieskończoność, chłonąc atmosferę tego miejsca. Czy już to widzisz, mój miły Czytelniku? Czy poczułaś to miejsce, kochana Przyjaciółko? 
Ja przepadłam, a kiedy w kojącej ciszy, wypełnionej jedynie trzaskiem ognia i subtelnym brzękiem naczyń, zaczynają tańczyć dźwięki pianina, wiem, że szybko stąd nie wyjdę. Ręce pana Jerzego Kuny przesuwają się miękko po czarno-białych klawiszach, a historie, które spod nich wypływają, same nakłaniają do zasłuchania. Czas się zatrzymuje, chwila trwa, a ręce artysty "opowiadają" o czasach, które przeminęły, ale które przez ten moment trwania dźwięku, powracają w muzycznych opowieściach. Kelner dyskretnie stawia przede mną talerz, którego zawartość wygląda jak dzieło sztuki, a smakuje jak poezja; a ja staram się nie zakłócić tego zasłuchania żadnym niepotrzebnym słowem. Patrzę w niebiesko-szare oczy, które uśmiechają się do mnie ponad stołem i staram się uwierzyć, że jestem tu naprawdę i że takie miejsce naprawdę istnieje.  Dwa Księżyce już mnie zaczarowały. Przepadłam bez reszty. Nie chce mi się stąd nigdzie ruszać. Chcę tak zostać, otoczona tą dyskretną opieką obsługi, owinięta dźwiękiem pianina i zapatrzona w niebieską szarość. 
Prawdziwy "deser" jednak dopiero przed nami. Rozmowa z człowiekiem, który najpierw wymyślił, a potem stworzył to niesamowite miejsce. Pan Aleksander Serwatka zaskoczył nas swoja otwartością i dbałością o odwiedzające go osoby. Dla niego każdy człowiek, który przekroczy próg restauracji czy zatrzyma się w hotelu choćby na jedną noc, jest ważny. Pan Aleksander nie kategoryzuje ludzi na tych lepszych i gorszych. Każdy gość ma się w tym miejscu czuć wyjątkowo. I naprawdę to się czuje w atmosferze Dwóch Księżyców. Tę gościnność i troskę o gościa. Brak bylejakości i zadbanie o najdrobniejsze szczegóły, które składają się na tę magiczną całość. Miła obsługa ( w tym miejscu czynię ukłon szacunku dla Pana Kelnera, jakiego dotąd nie udało mi się spotkać w żadnym lokalu, który odwiedzałam; kelner na miarę tych przedwojennych, którymi zachwycam się w starych filmach:D, oraz dla Pani Ani, witającej nas swoim uśmiechem na recepcji:)), dbająca o spokój, odpoczynek i dobre samopoczucie gości sprawia, że do tego miejsca chce się wracać, aby na nowo zanurzyć się w tym świecie, jakiego wokół siebie nie znajdziemy. 
Jest takie miejsce... w Kazimierzu, przy ulicy Sadowej, gdzie chce się po prostu być i skąd tak żal odjeżdżać... 
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa
     Na tym pianinie ręce pana Jerzego Kuny wyczarowują historie, które chce się słuchać w nieskończoność...         

3 komentarze:

  1. To sobie zrobiłam wirtualną wycieczkę Moniko...umiesz człowiekowi zawrócić w głowie ..zaraz zobaczę jak ja właściwie mam daleko do Kazimierza:-)Milutkiej niedzieli -mogę się podzielić niedzielnym ciastem z truskawkami :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gabrysiu, polecam to magiczne miejsce, podobnie jak leżący po sąsiedzku Nałęczów. Tam naprawdę czas się zatrzymuje... A my z nim. Tobie też kochana życzę miłej niedzieli i miłego tygodnia i na wspólny gościnny talerz (mam taki jeden, z różami:)) dokładam upieczony właśnie serniczek. Dwukolorowy. A skąd Ty, kochana, truskawki wzięłaś o tej porze roku?! Cudowne, poczuć kawałek lata siarczystą zimą!
    M.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zamrożone mam :-)specjalnie do ciast -bo do robienia kompotów nie mam cierpliwości,za to mrożonek Ci u mnie dostatek. Dla mnie takim magicznym miejscem są Duszniki zdr.w ubiegłym roku byliśmy tam na wczasach (powrót do źródeł) na tegoroczny maj już też mamy noclegi załatwione własnie tam. Niby nic- zwyczajne uzdrowisko a jednak ludzie tworzą historię niektórych miejsc, do których wraca się i nacieszyć się nimi nie można. Może w przyszłym roku będzie to Nałęczów.. kto wie ;-)Serniczek uwielbiam

    OdpowiedzUsuń