Co się stało z naszą miłością?

źródło: zdjecia.biz.pl


Ona i On; wspólny dom, ciepły kąt. Życie, które toczy się niespiesznie, albo w pośpiechu, a my z nim, w nim, albo obok niego. Wspólne sprawy, ale osobno spędzany czas; wspólni znajomi, ale osobne pasje. Rozmowa, która już nie jest rozmową, tylko wymianą niezbędnych informacji i spojrzenia, w których już coraz mniej ciepła i pożądania. 
A przecież nie tak miało być, zupełnie nie tak... Bo dla niej jeszcze tak niedawno cały świat, to On, a granice tego świata wyznaczały jego ramiona. Nie potrzebowała lustra, bo przeglądała się w jego źrenicach i zawsze wyglądała pięknie. Milczenie przy nim było rozmową splecionych dłoni i języków. Dziś jest niezręczną i ciążącą ciszą, oznaczającą kolejne "ciche dni", z których nic nie wynika. Kiedyś wszystko ją w nim wzruszało - sposób, w jaki trzymał łyżkę, zabawne marszczenie nosa, gdy coś mu się nie podobało, czy pocieranie czoła kciukiem, kiedy się nad czymś zastanawiał. Dziś mało co ją wzruszało, a wiele irytowało. To, że znowu zostawił brudny talerz na stole i nie wstawił  go do zlewu; że nie wie, gdzie we własnym domu znaleźć szalik dziecka i że znowu zamówił pizzę, której ona nie lubiła. Dzisiaj, kiedy przynosi jej kwiaty, ona się niepokoi. Obserwuje go ukradkiem, jakby chciała przyłapać na gorącym uczynku i sama siebie zadręcza pytaniem: "Czy on ma kochankę?" A kiedyś przecież te kwiaty bez okazji były radością i rozświetlały dzień. Jaśniała, kiedy na nie patrzyła, bo wiedziała, że przyniósł je dla niej. Kiedyś, gdy z nią rozmawiał, patrzył na nią i czasami poprawiał jej kosmyk, niecierpliwie wymykający się na policzek. Dziś nie rozmawiał z nią, tylko mówił do niej, patrząc jednocześnie w ekran laptopa czy telewizora. 
Co się z nimi stało? Dlaczego, dzień po dniu, zabijali swoją obojętnością to uczucie, które ich połączyło? Co się stało z tą miłością, która wymalowała ich świat kolorami tęczy i sprawiła, że niebo zeszło do nich, choć wcale o to nie prosili?
On wraca do domu powoli, ciężkimi krokami odmierzając tę drogę, która dzieli go od klamki własnych drzwi. Kiedyś biegł tam z radością, unoszony pragnieniem, by już być przy niej. Dziś boi się kolejnego zarzutu, że znowu czegoś nie zrobił, znowu o czymś zapomniał i że to ona musi o wszystkim myśleć, chociaż to on w tym domu jest mężczyzną. Nie potrafi poradzić sobie z tą ciężką atmosferą, która czeka na niego już za progiem i gęstnieje z każdym jej spojrzeniem i niewypowiedzianym słowem, które jednak zawisa w powietrzu, między nimi i dokłada kolejną cegłę do dzielącego ich muru nieporozumienia. A przecież kiedyś było inaczej. Czekała na niego z tym dziewczęcym uśmiechem, który wciąż tak w niej lubi i pytała, jak minął mu dzień. Dzisiaj już nie pyta, tylko wciąż ma pretensje. Że nie wysłał jej z pracy esemesa, chociaż mąż jej koleżanki robi to co godzinę. Że nie pomyślał, żeby zarezerwować bilety do kina, chociaż wie, że lubi od czasu do czasu gdzieś wyjść. Że nie kupił masła, a przecież mógł się domyślić, że już się kończy i co z tego, że zapomniała mu dopisać to cholerne masło na liście zakupów, którą wręczyła mu rano, przecież on tez mieszka w tym domu i mógł się domyśleć. Takich rzeczy jest tysiące i jak uda mu się następnym razem pamiętać o maśle, okazuje się, że nie zrobił czegoś, czego ona od niego oczekiwała. 
A przecież nie taką obietnicą pachniała, kiedy ją poznał... Przecież nie przyśniło mu się to zapatrzenie w jej oczach, których nie mogła od niego oderwać. Jej dotyk kiedyś elektryzował, a on nie mógł utrzymać rąk przy sobie, kiedy tylko była blisko. Z zamkniętymi oczami rozpoznawał jej zapach, a kształtu jej bioder wyuczył się na pamięć. Dziś, choć wszystko należało do niego, było obce. Zimne. Nieprzystępne. Spojrzenie mroziło, dotyk paraliżował, a serdeczność i ciepło były zarezerwowane dla dzieci. A kiedyś tyle mieli sobie do ofiarowania... Chociaż ręce były puste, mieli głowy wypełnione marzeniami i planami, które miały ich daleko zaprowadzić. Wspólnie, a nie osobno. Razem mieli przeżywać swoje radości i porażki. Razem przechodzić trudności i nie ugiąć się pod ciężarem, który życie dorzucało codziennie po trochu. Mieli być jednością, a nie tylko wspólnym nazwiskiem. I mieli codziennie, na nowo, odkrywać w sobie tę magię, która ich połączyła. 
Co się z tym stało? Co się stało z miłością, która przesłoniła im świat tak, że nie potrafili już w nim zobaczyć nikogo, poza sobą nawzajem? 
A przecież miłość, ta prawdziwa, "cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego. Wszystko znosi, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma." Czy potrafisz ją jeszcze w sobie odnaleźć? 
Wierzę, że tak. 
Monika A. Oleksa 


źródło: zdjecia.biz.pl

 
          

Komentarze

  1. Może to po prostu nie była miłość. Zostało za nią wzięte w pośpiechu życia coś, co trochę ją przypomina albo co przypomina bardzo, bo... w życiu nie wypada nie mieć miłości. Człowiek czuje, że bez niej jest mniej wartościowy no to gna w jej stronę, pędzi i łapie, co... złapie.
    B.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakie to wielkie szczęście móc na Twoje ostatnie pytania odpowiedzieć TAK!

    ale jakby co to mam w swoich dokumentach ukryty pewnien pewnie tekścić:

    "Nie czekaj na wzajemność
    Telefon i róże,
    Gdy Ciebie nie chcą
    nie pisz, nie szlochaj.

    Najważniejsze przecież,
    że ty kogoś kochasz." [ks. J. Twardowski]

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdarza się jeszcze w zyciu tak, ,że od samego początku miłości jest się "spaloną" u rodziców ukochanego. Tak poprostu-nie i już. Bo miał byc nie wiem...lekarzem...księdzem...prawnikiem...wozić ich luksusową limuzyną.. a tu nagle wszystkie ich plany biorą w łeb. Nie udało im się przeszkodzić w jego poczynaniach -ok-ale myslicie że to koniec? Absolutnie..jak sie to mawia kropla drąży skałę ..a są tak wytrwali w sączeniu jadu ,że po 20 latach małżeństwa,zamiast wielkiego tortu jest wielkie BUM drzwiami. Ile można znieść? Ile słuchać jak to do niczego sie nie nadajesz? Tylko ewentualnie do rodzenia dzieci?( każda ciąża(3) =potajemna łapówka na "zabieg"-potajemna żeby mogli potem z podniesioną głową wędrować w niedziele przyjąć Komunię św).Potajemna , bo jeśli już sie nie udało to wyrasta kolejny człowiek , w którego można sączyć powolutku jad. Takie nieraz też są Moniko dzieje wielkiej Miłości.ŻYCIE... Pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
  4. chcialabym odpowiedziec na komentarz Basi, bo dotknela sprawy o ktorej czasem mysle. Rzeczywiscie jest cos takiego, ze 'w zyciu nie wypada nie miec milosci' i sporo osob bierze cos, co ja troche przypomina, ze lepsze to niz nic a potem przychodzi rozczarowanie.
    Znam wielu znajomych singli, ktorzy czuja presje otoczenia z powodu bycia samotnymi. Slysza, ze jak mozna byc samym lub sama?! Czemu sa sami?! a oni czuja, ze musza sie z tego tlumaczyc.
    Zastanawiam sie, czy znalezienie milosci to sprawa szczescia czy nas samych, odpowiedniego podejscia do zycia? Trudny temat oj trudny ... (przepraszam za brak polskich znakow, na tym rupieciu nie udaje mi sie tego ustawi niestety, mieszaja sie z cyframi itd.)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Podaj dalej

A w tle kwitną jabłonie...

Literacka Kanapa z Gwiazdą: Paweł Rosak