czwartek, 6 lutego 2014

Literackie czwartki: Czwartkowe obiady odc.10

Fot. Marcin Oleksa

Styczniowy mróz zaglądał w okna, za którymi świat otulił się białą, śniegową pierzyną. Nałęczów odpoczywał w kojącej ciszy sobotniego popołudnia. Zasypana śniegiem Aleja Lipowa wyglądała jak wyjęta z bajki Pana Andersena, w migoczącym blasku ulicznych latarni. Nałęczowska "Ewelina" rozświetlona była lampkami, które jak drogowskazy prowadziły zbłąkanego wędrowca na filiżankę gorącej herbaty i jedyne w swoim rodzaju ciastko, którego smak na długo pozostawał w pamięci. 
Natasza siedziała we wnętrzu kawiarni, przy małym stoliku pod oknem. Obserwowała zasypany śniegiem ogród, z otulonymi śniegowymi poduszkami ogrodowymi krzesełkami i stolikami nakrytymi śniegowym obrusem. Przed nią, na delikatnym białym talerzyku leżała delicja nałęczowska, którą Natasza uwielbiała, a tuż obok oblany lukrem i posypany pomarańczową skórką pączek, któremu nie mogła się oprzeć. Nie przeszkadzało jej, że przyjechała tu sama. Potrzebowała wyciszenia Nałęczowa, aby zebrać rozkołatane myśli i poradzić sobie z emocjami, które zaczęły ją przerastać. 
Jej niezależność w Lublinie wcale nie była taka prosta jak Natasza początkowo sądziła. Przyzwyczajona do życia w pędzie i pośpiechu Warszawy, nie mogła się tu odnaleźć. Miała zbyt dużo czasu, którego nie potrafiła w żaden sposób wypełnić do granic możliwości, tak jak to robiła w dawnym życiu. 
Natasza czuła się samotna i obca w mieście, z którym nie łączyło ją nic oprócz wspomnień. Tęskniła za Radkiem i za życiem wypełnionym nieustannymi spotkaniami. Powierzona jej filia firmy, za którą Natasza miała być tu, w Lublinie, odpowiedzialna, rozkręcała się powoli i znajdowała na razie na etapie rekrutacji, więc Natasza nie miała zbyt dużo do roboty; a przynajmniej nie na tyle, aby wypełniło jej to całe dnie. Puste i samotne. Nie miała tutaj żadnych znajomych. Całe życie zostało w Warszawie, zupełnie tak jak jej plany i marzenia, które kiedyś snuła. Czasami wpadała wieczorami do Bogusi, albo jadła z nią razem obiad, ale przyzwyczajona do warszawskiego lunchu Natasza miała problem z dostosowaniem się do lubelskiego stylu życia, gdzie wszystko było takie jak za czasów jej dzieciństwa, tylko mamie przybyło lat. Bogusia łagodniała, choć nadal była w niej ta niepokorność, której trzymała się mocno przez całe swoje życie. Docierały się powoli. Odnajdywały na nowo, tak naprawdę dopiero się poznając. Jako dorosła kobieta Natasza nie spędzała z matką zbyt dużo czasu. Widywały się najczęściej z okazji świąt lub innych rodzinnych uroczystości, ale nie miały okazji, aby pobyć ze sobą tak po prostu, jak matka z córką w zwyczajnej codzienności. Dlatego teraz próbowała pokazać Bogusi trochę swojego świata, który przywiozła z Warszawy zamknięty w sobie. Zabrała Bogusię na zakupy i namówiła ją na kupno nowej sukienki, której każda kobieta, bez względu na wiek, od czasu do czasu potrzebuje. Nie było to łatwe, bo musiała pokonać wewnętrzny opór Bogusi, nieprzywykłej do obdarowywania siebie bez okazji i wydawania pieniędzy bez potrzeby. Zgodziła się na tę sukienkę tylko dlatego, że była z wyprzedaży i że Natasza podszepnęła jej, że fantastycznie będzie wyglądała w tym sznurze pereł, które tak lubiła i wyciągała z takim sentymentem, choć Natasza do dziś nie wiedziała dlaczego.
Niedaleko Nataszy, przy pianinie, usiadła para starszych ludzi. Wyglądali na tutejszych kuracjuszy; dość pewnie czuli się w "Ewelinie", jakby byli tu częstymi bywalcami. Mężczyzna zamówił dla siebie kremówkę, która wyglądała tak samo apetycznie jak delicja Nataszy; kobieta zdecydowała się na kruchą babeczkę wypełnioną smakowitym nadzieniem. Między nimi stał imbryczek z herbatą i dwie jednakowe filiżanki. Nie trzymali się za ręce i nie patrzyli sobie głęboko w oczy, tak jak to bywa w romantycznych filmach, ale było między nimi coś takiego, co nie pozostawiało wątpliwości, że przeżyli ze sobą wiele lat i rozumieją się bez niepotrzebnych słów. 
Natasza wiedziała, że zachowuje się nieładnie obserwując tę parę, ale nic nie mogła poradzić na to, że ci ludzie przyciągają jej wzrok jak magnez żelazo. Patrzyła na ich siwe głowy i łagodność wypisaną na twarzy i zastanawiała się, jak udało im się przeżyć wspólnie tyle lat? Czy ona i Radek też by tak wyglądali, gdyby... Czy umieliby ze sobą rozmawiać skoro przez wspólne lata małżeństwa tak mało mieli sobie do powiedzenia? Czy potrafiliby spędzać razem czas na emeryturze i dzielić wspólny dzień na pół, skoro przez całe życie się mijali? Czasami Natasza zastanawiała się, czy problem nie tkwi gdzieś głębiej. Jej matka też nie potrafiła spędzić życia u boku jednego mężczyzny; wciąż ją gdzieś nosiło i wciąż czegoś szukała. Może prawdziwej miłości? Czy znalazła ją przy Stanisławie, z którym w tej chwili była - nie była w dziwnym związku na odległość? Spotykali się, kiedy mieli na to ochotę, ale oboje zbyt cenili swoją niezależność, aby zamieszkać razem. Czy jej matka uciekała od odpowiedzialności, czy po prostu zbyt bała się zranienia, aby zaangażować się w związek całą sobą, poświęcając wszystko? 
W tej jednej magicznej chwili  i w miejscu, gdzie chciało się zostać na zawsze Natasza uświadomiła sobie, że tak naprawdę chyba nigdy Radka nie kochała, bo nie potrafiła poświęcić dla niego samej siebie. Owszem, potrzebowała go. Było jej z nim wygodnie i w ciągu tych lat wspólnego życia wypracowali system porozumienia bez skakania sobie do oczu i bez namiętności, której tak naprawdę w ich małżeństwie nigdy nie było. 
Łagodny półmrok w kawiarni oświetlonej jedynie ciepłym światłem lampy otulał i łagodził ostre krawędzie bolesnej rzeczywistości. Natasza odwróciła wzrok od pary starszych ludzi i postanowiła osłodzić sobie życie polukrowanym pączkiem, który był namiastką szczęśliwych momentów w życiu, które zupełnie wymknęło jej się spod kontroli.  cdn... 
Monika A. Oleksa     

Dzisiejszy odcinek Czwartkowych obiadów chciałabym zadedykować pani Ani Bartosiewicz, która tak ciepło wita każdego gościa w "Ewelinie", gdzie naprawdę można poczuć się jak w bajce; oraz Kasi i Michałowi Świderskim, dziękując za spotkanie właśnie tam, w "Ewelinie" i za jasne promyczki, którymi wypełnili moje życie:) 

Fot. Marcin Oleksa - "Ewelina" otulona białą pierzynką


Wszystkim moim cudownym Czytelnikom i Przyjaciołom, którzy tu zaglądają chciałabym donieść, że skończyłam pisać "Samotność..." i oddałam ją w ręce Wydawcy:)      

3 komentarze:

  1. "Ewelina"pod pierzynką wygląda jak z bajki (-; Pewnie pierwszy raz w życiu wiele osób na "Samotność ...." będzie czekać z utęsknieniem (-: I ja też! Mam nadzieję, że wydawca nie będzie się ociągał i przekładał daty wydania. Pozdrawiam serdecznie Renata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Renato, dziękuję za trzymanie kciuków i ciepłe myśli; robiła to Pani skutecznie, bo wszystko udało się zgodnie z planem, choć było ciężko! Mam nadzieję, że Pani odpoczęła i wróciła z energią, której jeszcze nam będzie potrzeba, bo zima pewnie tak szybko nie odpuści:) Choć jak będzie taka, jak w ubiegłym tygodniu w Nałęczowie, to w zasadzie może jeszcze trochę z nami zostać :-)
      Pozdrawiam bardzo serdecznie!
      M.

      Usuń
  2. Gratuluję jubileuszowych "Literackich Czwartków"!
    Pozdrawiam!
    M. junior starszy

    OdpowiedzUsuń