List do A.

Fot. Marcin Oleksa


Pamiętasz, jak byłyśmy małymi dziewczynkami, układałyśmy z marzeń naszą przyszłość. W kolorowych magazynach i katalogach mody zaklepywałyśmy zdjęcia pięknych, elegancko ubranych pań, krzycząc: To moje! To ja! A to mój mąż i moje dzieci! Tak będziemy wyglądali kiedyś... To "kiedyś" było takie odległe. W dziecięcym pojęciu to były lata świetlne, a rok 2000 brzmiał jak film science-fiction. Wtedy bawiłyśmy się w dom, robiłyśmy z rozbitych butelek widoczki, które skrzętnie ukrywałyśmy rozkopując przyblokowe rabatki i kochałyśmy się w Janku z Czterech Pancernych. Całe dnie spędzałyśmy wisząc na trzepaku, albo bawiąc się w chowanego na okolicznych górkach i zupełnie nie docierała do nas szarość i smutek otaczającego nas świata. Powodem do dumy był chiński długopis i pachnąca gumka, albo gumy do żucia z Kaczorem Donaldem i historyjki, które kolekcjonowałyśmy. To były trudne czasy, ale my nie miałyśmy pojęcia o tym, z czym zmagają się nasi rodzice, bo miałyśmy swój własny, dziecięcy świat. Świat malowany fantazją i wiarą w dobro, które zawsze zwycięży zło. Świat, w którym Nadzieja była stale obecna, a nasze dziecięce skrzydła unosiły nas ponad ziemią tak, że nie potrafiłyśmy jeszcze po niej twardo stąpać. Świat, w którym była Ona. Dziewczynka, która zapytana o imię, najpierw pokazała mi język, a potem została moja Przyjaciółką. Ania miała swoją Dianę, a ja miałam Ciebie. Codziennie pokonywałyśmy piętra wspólnej klatki schodowej, każdy dzień osobno traktując jak karę. Pamiętasz, jak miałaś na mnie szlaban, gdy weszłyśmy na dach naszego wieżowca? Ja, ze swoim lękiem wysokości, przylgnęłam do komina, a Ty miałaś odwagę podejść do krawędzi dachu, spojrzeć w dół i jeszcze krzyknąć z dumą do bawiących się pod blokiem dzieciaków, czego dokonałyśmy. Ukarano nas dotkliwie zakazem wspólnych spotkań. Kiedy dziś o tym myślę, nie mogę w to uwierzyć i nawet nie chcę myśleć, co bym zrobiła, gdyby moim chłopcom strzeliło coś takiego do głowy! A chrabąszcze pamiętasz? Cała reklamówka bzyczących owadów wrzucona bezmyślnie do windy... Nie wiem, kto przeżył większy szok - te biedne stworzenia, czy pasażerowie chcący skorzystać z jedynej w klatce windy w wieżowcu.
Dorastałyśmy razem i wraz z tym dorastaniem zmieniał się nasz sposób patrzenia na świat, ale wciąż miałyśmy te same marzenia. I wciąż miałyśmy siebie. Pierwsze zauroczenia, dylematy; oddzielne licea, ale ci sami znajomi i nieustanna wiara, że marzenia się spełniają. To Ty byłaś świadkiem moich miłosnych wzlotów i bolesnych upadków. Tobie zwierzałam się z tego, co boli i z czym dziewczęce marzenia już nie mogły sobie poradzić, bo zaczynało się Życie, które wiele od nas żądało. Wspólnie przekraczałyśmy próg dorosłości, ucząc się tego, że wybory nie są łatwe i że jedna nasza decyzja nakreśli scenariusz naszego życia, nie zawsze zgodny z wcześniejszymi oczekiwaniami. Ty pierwsza poznałaś mojego M. i dziewiętnaście lat temu wypowiedziałaś słowa, które do dziś pamiętam: Nie skrzywdź go. Wtedy Ci to obiecałam i dotrzymałam słowa. 
Przez tyle lat byłaś obok mnie, ale wtedy, gdy Życie Ci dołożyło zbyt dużo do udźwignięcia, usunęłaś się w ciemny kąt i zamknęłaś przede mną drzwi. Był czas, kiedy to raniło. Zabolało. Dziś wiem, że tak już masz; uciekasz jak zranione zwierzątko i nie chcesz oddać choć części tego ciężaru innym. Nie chcesz się narzucać ze swoim życiem i swoimi problemami. Ale ja po coś znalazłam się na drodze Twojego życia. Nie po to, aby przeżywać razem chwile radosne i beztroskie, i chichotać z banałów codzienności, ale właśnie po to, aby razem z Tobą ponieść to, z czym Tobie jest tak ciężko. Po to, aby pobyć razem, nawet w ciszy, ale ze świadomością, że nie jesteś z tym sama, że jest ktoś, kto wie, co przeżywasz i co teraz czujesz. I że jest mu przykro, że nie mógł być z Tobą wtedy, gdy tego najbardziej potrzebowałaś... 
Znasz mnie i wiesz, że nie odpuszczam. Trzydzieści pięć lat przyjaźni do czegoś zobowiązuje. Wiesz, że to już trzydzieści pięć lat? Trudno w to uwierzyć... Tak jak trudno uwierzyć w to, że nie zadzwoniłaś tego dnia, gdy zawalił Ci się świat. 
Nadzieja, którą spotkałam, powiedziała, że zawsze przychodzi do ludzi przez drugiego człowieka. Czy tego chcesz, czy nie, ze mną przyjdzie do Ciebie. I już nie pozwoli Ci się tak łatwo wyrzucić z Twojej codzienności. Nie po tym wszystkim, czego razem doświadczyłyśmy. Bo właśnie po to mnie kiedyś dostałaś. Abym mogła być blisko. Na dobre i na złe, Droga A. 
Twoja, od 35 lat ta sama, M. 


Fot. Marcin Oleksa
  

Komentarze

  1. Piękne to i wzruszające zarazem , właściwie to nie wiem, czy wypada się odezwać,ale skoro to zamieściłaś Moniko-to może powiem tylko, że czasami wystarczy być i tyle. Wystarczy świadomość, że ten Ktoś jest, wystarczy ,że jest jego numer telefonu w komórce. Wcale nie trzeba czasem dzwonić,wystarczy tylko popatrzeć na ten numer i już przychodzi ulga. I znowu przypomniał mi się wiersz :-)

    Jeśli któregoś dnia poczujesz, że chce Ci się płakać.
    Zadzwoń do mnie...
    Nie obiecuję, że Cię rozbawię, ale mogę płakać razem z Tobą...
    Jeśli któregoś dnia zapragniesz uciec, nie bój się do mnie zadzwonić...
    Nie obiecuję, że Cię zatrzymam, ale mogę pobiec z Tobą...
    Jeśli któregoś dnia nie będziesz chciał/a nikogo słuchać.
    Zadzwoń do mnie.
    Obiecuję być wtedy z Tobą i obiecuję być cicho...
    Ale jeśli któregoś dnia zadzwonisz i nikt nie odbierze...
    Przybiegnij do mnie bardzo szybko.
    Mogę Cię wtedy potrzebować...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Nowa Opowieść O Dwunastu Miesiącach: Luty

Podaj dalej

Magia zimowego wieczoru