piątek, 31 maja 2013

Rozmowa serca z sercem

Fot. Michał Oleksa


Wchodzi do domu z ciężkim westchnieniem, na które jeszcze tutaj może sobie pozwolić. Gdyby westchnął tak po drugiej stronie drzwi, natychmiast padłyby ironiczne pytania, które znał na pamięć: "Dlaczego tak wzdychasz? Tak ci ciężko? A co ja mam powiedzieć?". Chciał ich uniknąć. Sztukę uniku opanował w ciągu ostatnich lat do perfekcji. Umiał odpowiadać na pytania wymijająco, a swoje wypowiedzi formułował tak, aby nie było w nich zbyt dużo osobistego przekazu. Tak było bezpieczniej.
Stawia torbę z laptopem na podłodze i zdejmuje buty. W domu panuje nienaturalna cisza. Nie lubi jej. Czuje się wśród niej niepewnie. Cisza nie zagłuszy słów, które potrafią ranić jak ostra żyletka. 
Kobieta siedzi przy kuchennym stole i przegląda wyjęte ze skrzynki rachunki. Przed nią stoi talerz z niedojedzonym obiadem. Podnosi głowę i patrzy na mężczyznę. Kiedyś jej oczy błyszczały na jego widok; każdy jego powrót był radością. Dziś są dla niego nieodgadnione; trudno mu je przeniknąć. 
- Obiad jest jeszcze ciepły. nałóż sobie - rozebrany z emocji głos, obojętny jak jej spojrzenie. 
Myje ręce i patrzy w lustro na przemęczoną długim dniem pracy twarz. Golił się rano, ale po dziesięciu godzinach ostry zarost jest już wyraźnie widoczny. Nawet nie chce mu się jeść, ale wchodzi do kuchni, uzbrojony w oczekiwanie na słowa, które i tak padną. 
- Znowu tyle rachunków na raz - kobieta ruchem głowy wskazuje plik kolorowych faktur, leżących przed nią na stole. - Jacek zdarł już wszystkie buty, a Tomkowi spodnie sięgają do łydki. Do tego w tym miesiącu są imieniny twojej matki. Pamiętałeś o tym? 
- Pamiętałem - kiwa głową, nie patrząc na nią.
- Ciekawe czy o moich też pamiętasz - mruczy kobieta cicho, nie patrząc w jego stronę. 
- O co ci znowu chodzi? - pyta zmęczonym głosem. - Przecież na ostatnie imieniny... 
- Tak, wiem; zabrałeś mnie do teatru, ale ile lat musiałam ci o tym mówić? Sam z siebie nigdy nie jesteś w stanie nic wymyślić. 
- Staram się, ale ciebie jest cholernie trudno zadowolić. Nic ci nigdy nie pasuje! - żołądek zaciska mu się niebezpiecznie. Mężczyzna wie, że jeszcze kilka ostrych słów kobiety i nie będzie w stanie nic przełknąć. 
- Oczywiście! Jak zawsze wszystko jest moją winą! 
- Czepiasz się wszystkiego. Nic ci nie pasuje, wciąż jesteś ze wszystkiego niezadowolona - podnosi głos, ale nawet tego nie kontroluje. 
- To po co się ze mną ożeniłeś? Po co wciąz ze mną jesteś? Nikt cię tu nie zatrzymuje, droga wolna - syczy, starając się zachować opanowanie. 
- Owszem - patrzy na nią, ale jej nie widzi, bo przed oczami ma już tę mgłę złości, która przesłania mu wszystko - kredyt mieszkaniowy mnie przy tobie trzyma, a sama wiesz, że tego nie da się rozwiązać jednym urzędowym papierkiem.
Słowa, ostre i smagające boleśnie, i ból; tępy i długotrwały. Usta wykrzywiają się i wypluwają z siebie szydercze słowa, którymi tych dwoje bliskich sobie ludzi okłada się jak biczami. A dwa serca patrzą na to ze smutkiem i wypełnia je piekący ból. One rozmawiają ze sobą zupełnie inaczej. Nie potrzebują słów, a jednak je słyszą. 
- Potrzebuję cię. Nie radzę już sobie sama ze wszystkim. Potrzebuję twojej bliskości i wsparcia; poczucia, że nie jestem z tym sama - mówi serce kobiety. Serce mężczyzny patrzy na nią czule i odpowiada cicho: 
- Lubię jak się uśmiechasz. Ostatnio robisz to coraz rzadziej. Lubię jak mnie witasz tym uśmiechem i lubię ten blask w twoich oczach, który miałaś kiedyś; gdy na mnie patrzyłaś. Brakuje mi twojej bliskości. Brakuje mi ciebie. 
- Lubię jak mnie przytulasz. W twoich ramionach zawsze czułam się bezpieczna. Dlaczego robisz to teraz tak rzadko? 
- Ponieważ otoczyłaś się murem, którego nie umiem pokonać - mówi smutne serce mężczyzny. 
- A może zrobiłam to właśnie po to, abyś ten mur sforsował; abyś go zburzył i dotarł do mnie, pomimo wszystko? 
Serce patrzy na serce z rozczuleniem. Oczy wymieniają się błyskawicami gniewu. 
- Przepraszam. Zmarnowałem tyle czasu, szukając awaryjnego wyjścia z sytuacji; nie chcę cię ranić. Kocham cię. 
- Przepraszam. Oziębłam z bezsilności. Zbyt dumna byłam, aby cię po prostu poprosić o to, żebyś mnie częściej przytulał. Odeszłam daleko emocjonalnie, choć wcale tego nie chcę. Kocham cię. 
Serce przytula serce, a zimne palce mężczyzny chwytają zesztywniałe ramiona kobiety. Oczy mierzą się jeszcze gniewnie, ale powoli łagodnieją. Między nimi jest tylko cisza, w której słychać przyspieszone uderzenia wzburzonych serc. Gdyby tylko chcieli się w nie wsłuchać... 
Monika A. Oleksa 
 


Fot. Michał Oleksa

poniedziałek, 27 maja 2013

Szczęśliwa siódemka czyli KONKURS WIOSENNY


Szczęśliwa siódemka do wygrania


Po powrocie z Targów Książki na moich przepełnionych literaturą półkach zrobiło się zbyt ciasno:) Dlatego postanowiłam wybrać siedem książek, które już przeczytałam i podzielić się nimi z Wami w konkursie wiosennym. Książki, które trafią do Waszych rąk to: Dorota Berg "Kudłata"; Zofia Sokołowska "Druga strona recepty"; Jolanta Guse "Nie zawrócę"; Wojciech Zawioła "Jest takie miejsce"; Joanna Miszczuk "Matki, żony, czarownice"; Cathleen Schine "Trzy kobiety z Westport"; David Nicholls "Jeden dzień". Dzięki uprzejmości Pani Marii, do siódemki dołączyły jeszcze dwie książki - Julie Powell "Julie & Julia"; oraz Frances Mayes "Pod słońcem Toskanii". Mamy więc Szczęśliwą Dziewiątkę :)  
 Aby książka trafiła do waszych rąk chciałabym, abyście napisali w komentarzu o książce lub postaci literackiej, która wywarła jakiś wpływ na Wasze życie i zachwyciła tak bardzo, że zdecydowaliście się dzięki niej coś zmienić w sobie lub w Waszym życiu; po coś sięgnąć; czegoś od życia oczekiwać. Na Wasze zachwycenia i tytuł książki, którą chcielibyście dostać w wiosennym upominku, czekam do 23 czerwca.
Moje zachwycenia to trzy niesamowite kobiety, których twórczość dała mi wiarę we własne możliwości i pewność, że to pióro w moim ręku może naprawdę wiele opowiedzieć, jeśli tylko mu na to pozwolę. Cztery kobiety; trzy wielkie nazwiska, dzięki którym robię to, co od zawsze było moją pasją - Lucy Maud Montgomery; siostry Charlotte i Emily Brontë, oraz cudowna i pełna szczegółów dziewiętnastowiecznej Anglii Jane Austen.
Po "Anię z Zielonego Wzgórza" sięgnęłam w czwartej klasie szkoły podstawowej. Sięgnęłam i... przepadłam! Od chwili, gdy poznałam tę rudowłosą dziewczynkę wiedziałam, że moje życie już nie będzie takie samo i że wystarczy mocno uwierzyć w marzenia, aby one się spełniły. Chciałam mieć swoją Dianę i swojego Gilberta. Ania pokazała mi, że tylko życie przeżywane głębokimi emocjami ma tak naprawdę smak i że przyjaźń jest piękna, ale wymaga wysiłku i pielęgnacji. Nauczyła mnie wrażliwości i patrzenia człowiekowi w serce, zamiast oceniania. Zaraziła mnie swoją romantycznością i prostą radością życia. I dała mi wskazówkę, że warto czekać na swojego Gilberta, a kiedy już się zjawi, zaufać mu i uwierzyć, że oboje chcemy iść w tym samym kierunku. 
L.M. Montgomery to jednak nie tylko Ania Shirley, z którą tak wiele mnie połączyło. To również Emilka, którą pokochałam od chwili, gdy zjawiła się w Srebrnym Nowiu. Ta drobna dziewczyna, której towarzyszyłam przez wszystkie lata jej dorastania, dała mi siłę i wiele wskazówek, które w swoim życiu wykorzystałam. Nauczyła mnie wytrwałości w dążeniu do celu i nie zniechęcania się po pierwszym niepowodzeniu. Pokazała mi, jak odnajdować radość w drobiazgach; i jak nie iść z życiem na kompromis, tylko wymagać od niego i od siebie jednocześnie, dużo.
Siostry Bronte zaczarowały mnie od pierwszych stron swoich powieści z niesamowitym klimatem - "Wichrowe Wzgórza" i "Dziwne losy Jane Eyre". Wiele razy gościłam w Thorfield Hall i na Wichrowych Wzgórzach, bowiem powracałam do tych książek wielokrotnie. Ale to nie dzika Katy, ani potulna Jane odcisnęły swój ślad w mojej wrażliwej duszy, ale właśnie Emily i Charlotte, oraz ich determinacja, aby robić to, czego pragną - pisać!  Podobnie jak Ania i Emilka, popchnęły mnie do działania i umocniły w przekonaniu, że trzeba sięgać po marzenia i nie zniechęcać się kłodami, które życie podrzuca złośliwie pod nogi. I wierzyć w sens tego, co się robi. 
I w końcu moja kochana Jane Austen, którą się po prostu zachłysnęłam po przeczytaniu "Emmy". Jej drobiazgowość doskonale oddaje klimat tamtej epoki, kiedy miarą człowieka było nie wykształcenie ani nabyta życiem mądrość, ale status społeczny i posiadany majątek, często trwoniony bezmyślnie. Jane Austen była wnikliwą obserwatorką toczącego się wokół niej życia i umiała w umiejętny sposób przekazać to na kartkach swoich powieści. Pokochałam ją nie tylko za jej powieści, które pochłonęłam jak czekoladę jogurtową, ale również za jej potrzebę pisania, która nieustannie towarzyszy także i mnie. 
Cztery kobiety i wiele postaci literackich, które stworzyły. Każda z nich wniosła swój kawałek w moje życie; każda umacniała mnie w pielęgnowaniu pasji, którą dawno temu w sobie odkryłam; i każda jest przy mnie w chwilach zwątpienia, grożąc palcem i przekonując, że warto iść za tym, co kochamy i że nie należy wierzyć wątpliwościom, tylko trzeba sięgać po to, co daje spełnienie. Dla mnie jest to pisanie. 
Czekam na Wasze literackie zachwycenia, spośród których wybiorę siedem nagrodzonych książkami. 
Monika A. Oleksa   
 

Fot. Michał Oleksa 

sobota, 25 maja 2013

Słowo, w którym wszystko się zamyka...

Fot. Marcin Oleksa



Mama. Matka. Mamusia. To jedyne słowo, które jest w stanie poruszyć każde serce. W każdym człowieku trąca czułą strunę, bez względu na jego życiowe doświadczenia. Ciepły dotyk ręki mamy pamiętamy nawet wtedy, gdy sami już jesteśmy rodzicami. To, jak na nas patrzyła, jak do nas mówiła i czego nas nauczyła, zapisuje się w naszej świadomości, aby powrócić w dawnym wspomnieniu, które potrafi przywołać przypadkowy zapach czy gest. Tęsknotę za nią nosimy w sercu do końca naszych dni, bo taką właśnie moc dał Bóg potędze matczynej miłości. 
Bycie mamą nie jest proste; niesie ze sobą wiele wyrzeczeń, za które nie zawsze dostaniemy podziękowanie. Bywa tak, że to, w co wkładamy całe nasze matczyne serce, może zostać zupełnie niezauważone lub przyjęte jak rzecz najzupełniej naturalna. Ot, zwykły drobiazg w oczach dziecka, a dla nas heroiczna walka. Droga macierzyństwa podjęta przez matkę nie jest usłana różami. Często jest to droga na krawędzi, a my nie patrzymy na to, że tuż za nią jest przepaść, tylko robimy wszystko, aby przed upadkiem ochronić nasze dziecko. Już w chwili, gdy bierzemy to maleństwo na ręce wiemy jedno - od tej chwili nie żyjemy już tylko dla siebie, ale dzielimy wszystko na pół, ćwierć, jedną którąś; oddając to temu małemu istnieniu, które dostaliśmy pod opiekę. I wybaczamy, choć niejednokrotnie trudno znaleźć na to siłę. Nie ma takiej rzeczy, której serce matki mogłoby nie wybaczyć. Upór i rozsądek mogą trwać przy swoim, ale serce jest miękkie i ono wie, że nie będzie w stanie nosić w sobie urazy czy potępienia. Bo należy do matki. 
Mama... Pamiętam jej ciepłą dłoń na rozgrzanym czole i polopirynę, którą dostawałam w takie rozgorączkowane noce.  Pamiętam to ciepłe otulanie kołdrą i to, jak nie potrafiła się na mnie gniewać. Pamiętam nasze przegadane wieczory i wspomnienia, dzięki którym poznawałam ją lepiej. Dziś patrzę na jej przygaszenie i na blask, który rozjaśnia jej oczy gdy tylko moje dzieci pojawiają się obok. Taki sam blask jest w oczach mojej babci, kiedy mnie widzi. Życie napisało dla nas trudny scenariusz, w którym musiałam nauczyć się odnajdować. Teraz ważne jest dla mnie to, że mama wciąż jest jeszcze przy mnie. To, że mogę do niej zadzwonić i usłyszeć jej głos. To, że ją przytulę, a ona wtedy robi się bezbronna jak dziecko w moich ramionach. Nasze role się odwróciły; dziś ona bardziej potrzebuje mojej opieki, niż ja jej. Ale świadomość, że w Dniu Mamy mogę się z nią spotkać i powiedzieć, że bardzo ją kocham; jest bezcenna. 
Słowo mama dało początek miłości. W nim zamyka się wszystko. Ono otula, chroni i czuwa; często bez narzucania swojej obecności. Jest przy nas, bez względu na to, jak daleko zajdziemy. Nie potępia, nie rozlicza. po prostu - kocha. 
Pamiętajmy o naszej Mamie, bez względu na to, gdzie dzisiaj się znajduje. A jeśli mamy to szczęście, że wciąż możemy jej spojrzeć prosto w oczy, razem z kwiatami powiedzmy jej, jak bardzo jest dla nas ważna. I że pomimo milczenia, za którym chowamy się niekiedy z braku odwagi wypowiedzenia kilku cieplejszych słów; powiedzmy jej dziś, że ją kochamy. Bo jest naszą Mamą. 
Monika A. Oleksa 


Fot. Marcin Oleksa
     

czwartek, 23 maja 2013

Małe tęsknoty

Fot. Marcin Oleksa


Nosimy je w sobie przez długie lata. Zamykamy w sercu i czasami tylko, kiedy jest nam źle, pozwalamy sobie spojrzeć na nie i zatęsknić za kimś lub za czymś niespełnionym. Na codzień wypełniamy swój czas zajęciami, którym poświęcamy nasze myśli, równie zabiegane jak my sami. A małe tęsknoty wpychamy w kąt, gdzie zarastają pajęczyną zapomnienia. A przecież z nich rodzą się marzenia, które mają taką siłę, że potrafią nas wzbić ponad ziemię. Nie zawsze mamy jednak siłę, żeby się z nimi zmierzyć. Bywa tak, że te małe dziś tęsknoty, kiedyś były wielkimi pragnieniami, których życie nie było w stanie zaspokoić; i żeby przeżyć każdy kolejny dzień ze świadomością, że tęsknota pozostanie niespełniona, musieliśmy się od niej odciąć i zacząć wszystko na nowo, aby przeżyć. 
Człowiek potrafi przystosować się do każdych warunków, do jakich zmusi go życie. Jeśli nie mamy w sobie dość siły, aby uwierzyć, że jesteśmy w stanie coś zmienić, możemy utkwić gdzieś, gdzie jest nam niewygodnie i gdzie nie jesteśmy szczęśliwi. A tak naprawdę wszystko jest w nas i w naszej woli. Jeśli wsłuchamy się w siebie i w to, co szepczą nam nasze ukryte tęsknoty, i jeśli uwierzymy, że mamy wpływ na własne życie, bez względu na to, co ono nam przynosi; możemy wiele osiągnąć i zmienić.
Dostaliśmy tylko jedno życie i każdy nasz dzień jest wyliczony. Tak często o tym zapominamy i pozwalamy, aby nasze istnienie toczyło się gdzieś poza nami; dzień podobny do dnia; sytuacje bez wyjścia; rutyna, której nie potrafimy przezwyciężyć. Czas bezsensownie przecieka nam między palcami; godzina przesuwa się za godziną, a my odkładamy decyzję zawalczenia o siebie na jutro, na pojutrze, na pierwszy dzień nowego miesiąca. Na "kiedyś", na "może", na "chciałbym, ale nie wiem..."  Pamiętaj, że nikt nie przeżyje twojego życia za ciebie. Ono naprawdę jest w twoich rękach, a kiedy zrobisz pierwszy krok i zapragniesz pójść za swoją tęsknotą, dostaniesz swoją szansę, bo wszechświat sprzyja tym, którzy sięgają po marzenia. Nie obiecam ci, że dostaniesz to, czego pragniesz i że twoja tęsknota zostanie uciszona, zaspokojona, spełniona. Nie obiecam ci również, że będzie łatwiej i beztrosko. Ale jeśli za czymś tęsknisz, a twoja rzeczywistość przysłania ci kolory tęczy; jeśli wstajesz rano i nie masz siły na kolejny, identyczny dzień, w którym coś cię przygniata, a ty masz w sobie tylko bezsilność; warto zrobić ten krok, bo bez względu na to, dokąd cię zaprowadzi, wyrwie cię z życia, które stało się ciężarem; i doprowadzi do miejsc i ludzi, o których istnieniu może jeszcze dzisiaj nie masz pojęcia, ale którzy pokażą ci, że świat ma o wiele więcej barw niż biel, czerń czy szarość. I że można cieszyć się z drobiazgów, które codziennie spadają nam pod nogi, ale nie zawsze je dostrzegamy. Pamiętaj, to twoje życie i możesz uczynić je pięknym, ale tę decyzję musisz podjąć sam, nie oglądając się na innych. Wszystko co osiągamy własnymi siłami cieszy podwójnie; nawet najdrobniejsza rzecz, o którą zawalczymy, jest w stanie rozświetlić dzień. 
Zostawiam Ci Nadzieję, która zawsze jest przy Tobie; podobnie jak te małe-wielkie tęsknoty, które czekają na Ciebie.
Monika A. Oleksa



Fot. Marcin Oleksa
  

sobota, 18 maja 2013

Kulturalny Maj


Fot. Marcin Oleksa


W dniach 16-19 maja, na Stadionie Narodowym odbyły się IV Warszawskie Targi Książki - niewątpliwie wydarzenie ważne zarówno dla czytelników, autorów, jak i wydawców. Naprawdę warto było zajrzeć tam choćby na chwilę, bo rzadko kiedy mamy możliwość zobaczyć tyle książek w jednym miejscu! A jeszcze do tego świadomość, że każdą z nich możemy wziąć do ręki, poprzewracać szeleszczące kartki i poczuć zapach farby drukarskiej sprawia, że przez krótki moment pobytu w tym miejscu możemy poczuć się jak w raju dla moli książkowych:)
Dla mnie ten czas był szczególnie miły, poprzez możliwość bezpośredniego spotkania z czytelnikami, które, podobnie jak w czasie spotkań autorskich, dla pisarza bezcenne. Wymiana słów, myśli, oczekiwań; pytania o nową książkę, które niesamowicie motywują do pracy; świadomość, że moja książka trafia do rąk czytelników i budzi emocje; tego wszystkiego można doświadczyć tylko w żywym zetknięciu z ludźmi. Bardzo budujące jest to, że tak wielu Polaków jednak czyta książki i że podobnie jak dla mojego pokolenia kiedyś, książki nadal są ważne, zarówno dla tych młodych czytelników, jak i tych dojrzałych.  Ja, jako mama, jestem dumna z mojego syna, który od dwóch lat pragnął odwiedzić Targi Książki, i z wielką zachłannością w oczach przeglądał wszystkie stoiska wyłożone bezcennymi książkami. Czyta, bo lubi. Zarówno jeden, jak i drugi, zamiast przytulanki ma przy poduszce książkę, a mnie serce rośnie, bo wcale ich do tego nie zmuszałam. Sami sięgnęli i poszli za przykładem; a mnie to ogromnie cieszy. 
Dla tych, którzy nie mogli tam być osobiście zamieszczam krótką fotorelację przygotowaną przez moich Panów M., którzy jak zawsze mnie wspierali swoją obecnością. 


Targi to czas przeznaczony na spotkania z czytelnikami 
        


Fot. Michał Oleksa

Tym piórem piszę moje książki 


Fot. Marcin Oleksa

Mój syn obładowany książkami!


Bezcenne chwile z Przyjaciółką, Basią Smal


Każde nasze spotkanie to niesamowity czas czerpania Jedna od Drugiej


Czas wracać do domu:)


Targi Książki odwiedziłam w piątek, a w sobotę miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w spotkaniu autorskim Jerzego Stuhra. Spotkanie odbyło się w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Lublinie, sala wypełniona była po brzegi i każdy znajdujący się na niej czytelnik słuchał w absolutnej ciszy pogodnej opowieści pana Jerzego, wygłoszonej z typowym dla niego wdziękiem i poczuciem humoru. Niewątpliwie trzeba to przyznać, pan Jerzy Stuhr to aktor z wielką klasą, z pokolenia tych, którzy na wielką sympatię ludzi zasłużyli swoją pracą, a nie potrzebą bycia celebrytą. To człowiek, który ogromnie szanuje swoich widzów i czytelników i zawsze traktuje ich poważnie. I do tego rozumie, że prawdziwą książkę z duszą, da się napisać tylko piórem... Spotkania z panem Jerzym nie da się do niczego porównać; jest wyjątkowe i pozostaje w pamięci; podobnie jak jego słowa - i te wypowiedziane, i te zapisane. 


Pani Ewa Hadrian jak zwykle, z wielkim wdziękiem poprowadziła to spotkanie
 
Pan Jerzy z wielką otwartością odpowiadał na pytania czytelników


Pan Jerzy, pomimo swojej popularności, jest niesamowicie skromnym człowiekiem


W oczekiwaniu na autograf


Chwila rozmowy z Wielkim Człowiekiem


Naprawdę bardzo kulturalny maj...
Monika A. Oleksa

czwartek, 16 maja 2013

Czerwony namiot

Fot. Marcin Oleksa


Witaj! Tak miło Cię widzieć. Zmęczona? Ciężki dzień? Tak wiele rzeczy do zrobienia, załatwienia, załagodzenia, a na to wszystko jedno życie... 
Usiądź na chwilę ze mną. Zaparzyć Ci herbaty? Czarnej? Zielonej? Wiesz, lubię jak w mojej herbacie tańczą wirujące listki. Taka herbata ma dla mnie szczególny, wyjątkowy smak. Dużo potrafi o sobie opowiedzieć. I smakuje zupełnie inaczej, gdy pije się ją w miłym towarzystwie. Właśnie z Tobą. Dobrze, że jesteś. 
Wiesz, ta świadomość, że jest ktoś, kto pomyśli o mnie ciepło i kto choć przez chwilę zostawi swoje zabiegane i wypełnione obowiązkami życie, i odda ten bezcenny czas mnie, jest niesamowita i każdego dnia daje energię, aby wstac rano z łóżka, i z uśmiechem przywitać dzień i przyjąć to wszystko, co dla mnie przygotował. Bo wiem, że nie jestem z tym sama. 
Chciałabym dzisiaj zaprosić Cię do Czerwonego Namiotu. Chciałabym, abyś weszła tam razem ze mną. Pamiętasz to miejsce, do którego wstęp miały tylko kobiety i w którym były ze sobą tak blisko, bez względu na to, czy łączyło je jakiekolwiek pokrewieństwo? Panowała między nimi jedność, łącząca wszystkie córki Ewy; a dni, które tam spędzały, zbliżały je do siebie jeszcze bardziej, niż pracowita codzienność. W Czerwonym Namiocie miały czas na to, aby opowiedzieć o tym, co uwiera i podzielić się tym, co cieszy. Wiedziały, że bez względu na wszystko, znajdą tam wsparcie drugiej kobiety, która ich zrozumie. 
Wejdziesz tam dzisiaj ze mną i pobędziesz trochę, abyśmy mogły się lepiej poznać? Nie musisz nawet nic mówić, wystarczy że razem pomilczymy. Milczenie też zbliża, jeśli dzielą je duchowo bliskie sobie osoby. Wiesz, o tak wiele chciałabym Cię zapytać. Chciałabym posłuchać, o czym marzyłaś jeszcze kilka lat temu i co się stało z tymi marzeniami dziś? Czy masz siłę o nie walczyć; czy też życie Cię przerosło i odłożyłaś je na bok, na potem? Chciałabym dowiedzieć się, co Cię wybudza w nocy i z jaką myślą zasypiasz? I o czym myślisz, kiedy rano otwierasz sklejone jeszcze snem oczy i zaczynasz dzień? Chciałabym również, abyś opowiedziała mi, jakie zdarzenia skłoniły Cię do wybrania tej drogi, jaką właśnie podążasz i do zamieszkania w tym miejscu, w którym teraz się znajdujesz? Czy nadal zachwyca Cię to, co zachwycało jeszcze kilkanaście lat temu? I czy nadal wierzysz w ludzi, pomimo przykrych doświadczeń, które każda z nas kiedyś, przez kogoś, przeszła? Czy śpiewasz dla siebie kiedy nikt nie słyszy i czy uśmiechasz się do motyla, kiedy wydaje Ci się, że nikt na Ciebie nie patrzy? Czy zdarza Ci się patrzeć tęsknie w Niebo i wysyłać tam myśli i prośby, które Tobie samej wydają się niemożliwe do spełnienia? 
Mnie się zdarza; tak jak zdarza mi się uśmiechać do brzozy i rozmawiać z gołębiem. Śpiewam, choć nie potrafię :), kiedy nikt mnie nie słyszy. Umila mi to sprzątanie :) Wierzę w ludzi, choć wiele razy mnie skrzywdzili. Nigdy nikogo nie przekreślam, zawsze daję człowiekowi drugą szansę, bo wierzę, że na nią zasługuje. Jest we mnie wiele lęków, które wyłażą szczególnie nocą, wraz z kosmatym pająkiem, ukrytym gdzieś w kącie mojej świadomości. Od każdego dnia oczekuję, że przyniesie mi coś dobrego; i uczę się nie martwić na zapas, chociaż nie zawsze mi to jeszcze wychodzi. Kocham swoją pracę i pielęgnuję pasję, która daje mi ogromną radość i spełnienie. Od 19 lat jestem zachłannie i wręcz szaleńczo zakochana w moim M., którego kiedyś wyprosiłam, patrząc tęsknie w Niebo. Jego wsparcie pomaga mi wciąż wierzyć w marzenia, które kiedyś w sobie odnalazłam. Są dni, kiedy potrzebuję samotności. Takiego pobycia sam na sam ze sobą i tym wszystkim, co się we mnie kłębi. Wtedy właśnie wchodzę do mojego namiotu i czekam, z nadzieją, że zechcesz tam wejść ze mną i pobyć przez chwilę obok mnie. 
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa
     

niedziela, 12 maja 2013

Spotkanie z... Miłością

Fot. Marcin Oleksa


Przybiegła na to spotkanie zdyszana, ale z radosnym blaskiem w oczach. Wiecznie się gdzieś spieszyła i wiecznie miała pełne ręce roboty. Ludzie jej potrzebowali, choć nie każdy się do tego przyznawał. Tęsknili za nią, marzyli o niej, ale i wyrzekali na nią, że boli; że rani; że odchodzi bez słowa; że nie pamięta, albo że pamięta za dużo. Niektórzy jej pragnęli, inni odpychali. Dziewczęta o niej śniły, mężczyźni się z niej śmiali, ale nie było osoby, która pozostałaby wobec niej obojętna. 
Miłość. Jej łagodne, ciepłe oczy patrzą na mnie tak, że wiem, jak bardzo jestem dla niej ważna. Czuję jej milczącą obecność i cieszę się, że przyszła, aby opowiedzieć o tym, jak bardzo chce dotrzeć do każdego człowieka i jak trudno jest sforsować pozamykane drzwi ludzkich serc. Ludzie dziś żyją szybko, a ona nie lubi się spieszyć. Ona potrzebuje czasu, aby ich lepiej poznać. Przygląda się każdemu z osobna i uczy go na pamięć. Ale to trudne, gdy człowiek ma dla niej tak mało czasu i potrzebuje wciąż nowych doznań, wrażeń i atrakcji, aby poczuć, że żyje. Dzisiejszy świat nie lubi powtarzalności i spokoju upływających dni. Potrzebuje szaleństwa i ciągłego ruchu. Bieg to druga natura współczesnego człowieka. A przecież biegnąc, tak wiele można przeoczyć...
W pośpiechu nie zauważy się wpatrzonego w Ciebie spojrzenia i nie dostrzeże prawie niezauważalnego, nieśmiałego uśmiechu, który ktoś do Ciebie przesyła. Nie usłyszy się cichego wołania, gdy ktoś z miłością wymawia Twe imię, ani nie znajdzie potajemnie wsuniętego do kieszeni listu, napisanego odręcznie. A przecież taka właśnie jest Miłość. Nienatarczywa. Szanująca wolność człowieka. Czuła. Delikatna. Harmonijna. Tylko ona potrafi zatrzymać czas i sprawić, że każdy dzień wita Cię uśmiechem. I tylko ona wymawia Twoje imię tak, że nie trzeba więcej słów, aby wiedzieć, że jesteś dla niej kimś wyjątkowym. 
"Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, 
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący. 
Gdybym t miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice, 
i posiadł wszelką wiedzę, 
i wiarę miał tak wielką, iżbym góry przenosił, 
a miłości bym nie miał - 
byłbym niczym..." 
Tak mówi św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian.
Dziś te słowa są nadal aktualne. 
Gdybym posiadał wiele tytułów naukowych i zajmował ważne stanowisko w pracy; gdybym sprawował jakąkolwiek władzę, i miał pod sobą ludzi, którymi zarządzam,
a miłości bym nie miał, 
stałbym się jak dzban pusty
wydrążony w środku i pozbawiony wszelkich emocji.
Gdybym też miał tyle pieniędzy, że nie musiałbym się martwić o przyszłość, i mógł żyć tak, jak tego pragnę - bez troski o jutro, bez żadnego "muszę"; w miejscu, o którym marzę, a na które w tej chwili mnie nie stać, 
i gdybym nawet był otoczony ludźmi, którzy by mnie uwielbiali; i miał wszystko, czego zapragnę, 
a miłości bym nie miał - 
byłbym nieszczęśliwy, 
bo nie miałbym nikogo, z kim mógłbym dzielić te wszystkie radości i kto zostałby przy mnie, bez względu na to, jak potoczyłoby się moje życie. Kogoś, kto byłby przy mnie nie dla tego wszystkiego co posiadam, ale dla tego, kim jestem.  
Jeden bliski człowiek w moim życiu potrafi je odmienić tak, że czasami aż trudno uwierzyć w to, że udało nam się coś udźwignąć. Coś, co dla mnie samego byłoby ponad siły, ale z kimś, kogo obdarzam miłością i dla kogo jestem kimś ważnym, jest to do uniesienia. 
Różne są odmiany miłości. Miłość, podobnie jak Nadzieja, zawsze przychodzi do nas w drugim człowieku. Adam Asnyk tak pięknie napisał: "Miłość jest piękną bez wątpienia rzeczą, lecz trzeba, żeby miała twarz człowieczą." Ona przychodzi do nas w naszym małżonku, partnerze, mężczyźnie czy kobiecie, z którymi łączy nas coś wyjątkowego. Ona przychodzi również w czułym dotyku matki i cierpliwości ojca, uczącego nas jazdy na rowerze. Przychodzi w przyjacielu, który otwiera swoje serce właśnie dla mnie, bo spośród tak wielu ludzi, których spotyka każdego dnia, wybiera właśnie mnie, aby to mi ofiarować swoją przyjaźń. Przychodzi w życzliwości obcych ludzi, którzy okazują mi swoją serdeczność i przekazują ciepło, abym ja mogła podawać je dalej. 
"Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: 
największa z nich jednak jest miłość." 
Jest. Ona naprawdę jest, chociaż nie zawsze ją zauważamy i tak często przechodzimy obok niej obojętnie. 
"Kiedy naprawdę zapragniesz miłości, będzie ona czekać na ciebie." Oskar Wilde
Zapragnij jej. Ona Cię zauważy i odnajdzie, dokądkolwiek byś nie poszedł. Tylko otwórz się na nią i spójrz dokładniej; bo tak łatwo przejść obok niej obojętnie. 
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa

czwartek, 9 maja 2013

Spotkanie autorskie

Fot. Marcin Oleksa


"Choćbyśmy cały świat przemierzyli w poszukiwaniu Piękna, nie znajdziemy go nigdzie, jeśli nie nosimy go w sobie..." 

9 maja w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej miałam ogromny zaszczyt odbyć swoje pierwsze w Lublinie spotkanie autorskie. Za możliwość żywego spotkania z czytelnikami chciałabym serdecznie podziękować Dyrekcji Biblioteki, a za poprowadzenie całego spotkania Pani Ewie Hadrian. Dziękuję również z serca wszystkim moim wspaniałym czytelnikom, którzy chcieli przyjść na to spotkanie i poznać mnie osobiście. Każdy taki kontakt z Wami, moi mili, jest dla mnie bezcenny; a pytania, które zadajecie zmuszają mnie do nieustannej pracy nad sobą i pomagają udoskonalać moją twórczą pasję. Dzięki rozmowom z Wami ubogacam się, a moje skrzydła rozkładają się szeroko, i pozwalają mi unieść się ponad przytłaczającą niejednokrotnie rzeczywistość i pisać. Dla Was. 
Dziękuję tym, którzy mogli tam ze mną być, ale również tym, którzy wspierali mnie na odległość. Czułam Wasze ciepłe myśli, a świadomość, że jesteście, pomogła znaleźć odpowiednie słowa i wypłynąć na to ważne dla pisarza morze autorskiego spotkania z tymi, którzy choć przez chwilę zatrzymali się przy moich książkach. 
Wśród wielu pytań jakie padały, powtarzały się te, czy zamierzam powrócić do swoich bohaterów. To zależy od tego, czy opowiedzą mi swoją dalszą historię, ale z bohaterami mojej najnowszej książki "Ciemna strona miłości" zżyłam się tak bardzo, że powrócą:) 
Moi czytelnicy pytali o wiersze, które kiedyś pisałam. Przez bardzo długi czas skupiłam się wyłącznie na prozie, ale teraz słów we mnie jest zbyt dużo i część z nich wypływa w formie wierszy. Niektóre z nich znajdują się w zakładce Słowami malowanie; reszta dojrzewa do nowego projektu, nad którym pracuję wspólnie z mężem. 
Mam nadzieję, że w dalszej lub bliższej przyszłości uda mi się spotkać z większością z Was, na podobnych spotkaniach autorskich w różnych zakątkach Polski. Miło mi również poinformować, że dnia 17.05 (piątek) będę na Targach Książki w Warszawie; spotkacie mnie tam od godziny 15.00 przy stoisku Wydawnictwa Zysk i S-ka. W czerwcu natomiast pojawię się na spotkaniach autorskich w bibliotekach warszawskich. Dokładny termin i miejsce podam wkrótce:), ale już dziś mam nadzieję na to, że poznam Was, moi mili czytelnicy, osobiście. Ja czekam na to z prawdziwą radością! 
Pozdrawiam Was bardzo ciepło i wiosennie, mówiąc Do zobaczenia:D i zapraszając na fotorelację z lubelskiego spotkania.
Monika A. Oleksa     


Rozmowa z Panią Ewą była prawdziwą przyjemnością


I stand with Malala - o akcji można przeczytać na blogu Dziewczynka z książką
 


Lublin również włączył się w tę akcję: szczegóły tutaj - I stand with Malala


Spotkanie z czytelnikami jest dla autora bezcenne

O fotorelację zadbali moi dwaj Panowie M. - Marcin i Michał:)


Wpis do księgi pamiątkowej

Rozmowa z czytelnikami po skończonym spotkaniu

wtorek, 7 maja 2013

Pokolenie Instant

Fot. Marcin Oleksa



"Tuż przed maturą kwitły kasztany, żyło się jakby we śnie..." 
Pamiętam dzień swojej matury, zupełnie jakby to było całkiem niedawno, a przecież tyle lat już minęło... Dzień był dość chłodny i pochmurny; po deszczowej nocy ulice mojego Lublina były mokre i pachniały wiosną. Pamiętam, że jechałam do szkoły z koleżanką i jej tatą ... trabantem!, a pod szerokim paskiem, przytrzymującym moją studniówkową, granatową spódnicę miałam małe karteczki ze ściągawkami. Oczywiście, nie użyłam ani jednej z nich, ale czułam się pewniej, mając je przy sobie. 
Maturę pisaliśmy w klasach, komisja składająca się z trzech nauczycieli siedziała na starej katedrze (ciekawe, czy młode pokolenie wie, co to takiego?), a ich biurko było zastawione kanapkami, owocami i ciastami, przygotowanymi przez troskliwe i opiekuńcze mamy. Na naszych ławkach stała tylko woda i siedziały pluszaki, umilające nam czas i przysłaniające troszkę przed sokolim okiem szacownej komisji. Cztery tematy do wyboru (ostatni - analiza wiersza, na której wielu się wykładało, bo jak tu przewidzieć, co autor miał na myśli?!), niezapisane kartki papieru kancelaryjnego i pięć godzin do dyspozycji, podczas których trzeba było napisać wypracowanie, będące przekrojem całej literatury. Pamiętam, że pisałam o literaturze wojny i okupacji "Ocalić od zapomnienia - refleksje maturzystki". Nie ograniczano naszych słów i nie wymagano od nas, abyśmy "wstrzelili" się w klucz, ułożony przez Kogoś Bardzo Mądrego; który tak naprawdę ma na celu jedno - wyprodukować pokolenie ludzi myślących szablonowo. Rozległa wiedza jest niebezpieczna, bo zagraża myśleniem. a dzisiejszy proces edukacji za wszelką cenę chce nasze dzieci tego pozbawić. 
Nastały czasy pokolenia instant. "Instant", czyli już, natychmiast, szybko i bez wysiłku. 
Ostatnio załatwiałam coś w banku; malutkiej filii, do której przychodzą głównie ludzie starsi, zamieszkujący tę okolicę. W kolejce do kasy cierpliwie czekały dwie osoby. W pewnym momencie wszedł młody człowiek i dołączył do kolejki. Wytrzymał dwie minuty. 120 sekund bezczynności i zatrzymania okazało się ponad jego siły. Gwałtownie wstał i wyszedł. Nie był w stanie zmierzyć się z miłą ciszą, panującą w tym miejscu i przegrał z własną cierpliwością. Już, teraz, natychmiast. Muszę to mieć na "już". Tego oczekują dziś młodzi ludzie. 
Pokolenie żądaniowe. Wszystko im się należy i mają wyłącznie prawa. Szybko się komunikują, jedzą w biegu, żyją w pośpiechu. Wszystkiego chcą spróbować, mieć stawiają nad być, a życie ma być łatwe i przyjemne. Wypełniają swój świat nieustannymi dźwiękami i nie potrafią funkcjonować w ciszy. Bo cisza zmusza do pobycia sam na sam ze sobą i swoimi myślami. 
To nie jest ich wina, ich pokolenie inaczej nie potrafi. To my, pokolenie stanu wojennego, z troski o nich, chcąc wynagrodzić naszym dzieciom nasz niedostatek, rozpuszczamy je do granic niemożliwości. Wszystko podajemy im na tacy. Kupujemy rzeczy, których sami nie mieliśmy, nie zastanawiając się, czy one w ogóle tego potrzebują. Moja Babcia nieustannie obdarowuje moich chłopców ptasim mleczkiem, za którym oni wcale nie przepadają. Ale Babcia tego nie rozumie, bo aby kupić ptasie mleczko dla mnie, musiała stać w trudnych dziś do wyobrażenia kolejkach, bez pewności, że kupi cokolwiek, kiedy już dotrze do lady. 
Nasze dzieci już od najwcześniejszych lat szkolnej edukacji dostają gotowe rozwiązania. Dzisiaj nie wymaga się od młodego człowieka wiedzy i rozumienia, tylko wybrania gotowego rozwiązania, spośród czterech podanych. A potem kończy się tak, że młodzież potrafi świetnie rozwiązać test wyboru, ale nie potrafi się wypowiedzieć, bo tak naprawdę nie ma wiedzy, która potem mogłaby ich w życiu poprowadzić. 
Drodzy rodzice, jeśli nie weźmiemy edukacji naszych dzieci w swoje ręce i nie będziemy stawiać im wysoko poprzeczki; powierzając ich kształcenie i kształtowanie wyłącznie współczesnej szkole, będziemy mieli pokolenie znające jedynie cztery litery alfabetu A, B, C, D (test wyboru!), tłumaczące analfabetyzm i lenistwo dyslekcją i dysortografią i traktujące nasz kulturalny i historyczny dorobek jako przeżytek, który należy odstawić do lamusa, bo dzisiaj żyje się inaczej. Bez poszanowania podstawowych zasad i szacunku do drugiego człowieka.   
Taka refleksja naszła mnie dzisiaj w związku z egzaminem dojrzałości; przyglądając się systemowi edukacji, który od czasu wprowadzenia nowej matury, z roku na rok staje się coraz gorszy...
Monika A. Oleksa   



Fot. Marcin Oleksa
      

niedziela, 5 maja 2013

Kobieca solidarność



Wczoraj z wielkim żalem odłożyłam książkę, która towarzyszyła mi od ostatnich kilku tygodni. "Czerwony namiot" Anity Diamant, opowieść o niesamowitej sile kobiety, która tkwi w każdej z nas i o więzi, jaka łączy bliskie sobie kobiety - matki, córki, przyjaciółki; a czasami dwie obce dusze, które się spotkały w pewnym momencie swojego życia, gdy ich drogi się skrzyżowały. 
"Czerwony namiot" jest opowieścią Diny, jedynej córki Jakuba i Lei; ale również córki Racheli, Bilhy i Zilpy, które Dina nazywała swoimi matkami. Dina snuje historię swoich matek i swoją własną, splatając ją z wydarzeń radosnych i tragicznych; spokojnych i gwałtownych; zabawnych i smutnych. Po prostu z życia. 
Książka wciąga od pierwszych stron, bo jak tu nie dać się zaprosić, gdy czytamy takie słowa, skierowane do każdej z nas; do mnie: "Tak długo nie mogłyśmy się odnaleźć. Moje imię nic dla was nie znaczy. Wspomnienie o mnie to pył. Taka jestem wdzięczna, żeście przyszły..." Dina dziękuje każdej z nas za to, że zechciałyśmy wysłuchać jej opowieści i poznać kobietę, pełną życia i mądrości, którą w swojej historii przekazuje nam, córkom Ewy.  
Tytułowy Czerwony Namiot to miejsce, do którego mężczyźni nie zaglądają; tam królują wyłącznie kobiety, zbierając się każdego miesiąca na trzy dni odosobnienia, gdy natura, wraz z fazami księżyca domaga się od nich ofiary składanej ze swej kobiecości. Tam młode kobiety czerpią wiedzę matek, jak radować się nowiem i jak łączyć cykl ciała z rytmem życia. Przez ten czas, ta niesamowita więź między nimi zacieśnia się sprawiając, że wszystkie zbierające się tam kobiety współgrają ze sobą w pracowitej codzienności, rozumieją się bez słów i potrafią dużo sobie wybaczyć. 
Dina opowiada o kobietach, które są dla siebie wsparciem i które wzajemnie dają sobie siłę. O kobietach, które się wzajemnie szanują i obdarowują sobą. O kobietach, które nie wstydzą się swoich uczuć i potrafią nimi obdarzać. O kobietach, które potrafią wspólnie milczeć, ale którym nieobce są wzajemne urazy, żale i zależności. "Smutne chwile milczenia demonstrują niedokończone sprawy." Cztery matki Diny obdarowały ją siłą miłości, która ją poprowadziła przez trudne życie; jej zadaniem natomiast, było podtrzymanie pamięci o nich. I zrobiła to, wyraziście nakreślając nam sylwetkę każdej z nich: Lea dała jej życie i przekazała jej swoją śmiałość, traktowaną niekiedy jak arogancję; Rachela nauczyła ją zawodu, który sama wykonywała - zawodu położnej, która wprawnymi rękami sprowadzała na świat wyczekiwane lub przeklinane dzieci. Rachela przekazała również Dinie szczyptę kobiecej próżności. Zilpa zmusiła młodą dziewczynę do myślenia, a Bilha po prostu słuchała w milczeniu. 
Ale opowieść Diny to także pełen smutku fragment jej miłości, tak gwałtownie zakończonej odebraniem jej tego, co najcenniejsze - mężczyzny, z którym chciała spędzić życie i któremu chciała dać synów. Wraz z jego niesprawiedliwą śmiercią umarła w niej dawna Dina; dziewczyna o wesołym spojrzeniu i radością w sercu. Pozostała kobieta, Den-ner, na której życie odcisnęło swoje gorzkie piętno, i która za tę miłość musiała zbyt drogo zapłacić. 
"Czerwony namiot" jest pełen sekretów i tajemnic, które odkrywamy krok po kroku, podążając za opowieścią Diny, najpierw w wędrówce do Kanaanu, a potem w ucieczce do Egiptu, gdzie jako Den-ner spędziła resztę swojego życia. Ta niesamowita kobieta, z jednej strony delikatna jak płatek kwiatu, a z drugiej tak silna, że potrafiła podźwignąć się po wielu zdarzeniach, które ją przygniotły i pozbawiły ufnej radości życia; nauczyła mnie wiele swoją historią. Pokazała mi, że prawdziwe szczęście polega na błogosławieństwie codzienności, z jej niezmiennością, przyjaźnią, na którą się otworzyła i prostą miłością, której zaufała. A najlepsze życzenie, które możemy komuś szepnąć, to takie, aby żyć w zgodzie z sobą samym i z innymi; z niepodzielonym sercem, w którym nie ma urazy do kogokolwiek. I że każde rozstanie, nawet to najboleśniejsze, gdy tracimy kogoś bezpowrotnie, jest tak naprawdę tylko pożegnaniem. Etapem, przed ponownym spotkaniem. 
"W Egipcie kochają lotos, bo on nigdy nie umiera. Tak samo dzieje się z ludźmi, którzy są kochani.  Dlatego właśnie coś tak niby mało znaczącego jak czyjeś imię, może wywoływać niezliczone uśmiechy i łzy, westchnienia i sny o ludzkim życiu." 
Pamięć. O nią prosi nas Dina. Warto przysiąść się do niej i wsłuchać  w jej historię. 
Monika A. Oleksa 



Fot. Marcin Oleksa