niedziela, 21 września 2014

Dzień dobry poniedziałku!

Fot. Marcin Piotr Oleksa

Wstała dziś wcześniej niż zamierzała. Obudziła się przed budzikiem, jeszcze zanim pierwsze promienie słoneczne zajrzały w jej okno. Zaskoczyła tym samą siebie, bo przecież w poniedziałkowe poranki nigdy nie mogła się dobudzić, a kiedy już wstała, wszystko jej przeszkadzało. Jesienna ciemność za oknem. Pieczywo, które zdążyło stracić świeżość od soboty. Pełne entuzjazmu głosy prowadzących radiowe Sygnały Dnia. A nawet cisza w mieszkaniu sąsiadów, tuż nad nią. Bo ona oznaczała, że ktoś może pozwolić sobie na powitanie dnia o rozsądnej porze, a nie o 5.50. W poniedziałek. 
Ale dziś było inaczej. Intensywniej, a nawet... radośniej? Nie włączyła radia. Nie chciała zaczynać dnia słuchając politycznych rozważań. Zamiast tego włożyła do odtwarzacza płytę Stacey Kent, i postanowiła zjeść śniadanie razem z nią. "Breakfast on the morning tram". Uśmiechnęła się. Miły początek dnia. Łagodny, dziewczęcy niemal głos Stacey wypełnił dom, który w ten poniedziałkowy poranek stał się przytulniejszy. Jak ciepła, otulająca szyję apaszka, którą wkładała już przed każdym wyjściem na dwór. 
Zapach świeżo zaparzonej kawy zajrzał do każdego zakamarka mieszkania, a ulubiona filiżanka uprzyjemniła tę chwilę bez pośpiechu. 
Miasto dopiero się wybudzało po leniwym letargu, w jaki zapadło w niedzielny wieczór. Przez puste jeszcze ulice czasami przejechał jakiś samochód, głównie dostawczy, z towarem do sklepu. Na opustoszałych chodnikach ułożyły się pierwsze opadłe z drzew liście, odpoczywając spokojnie, nienaruszone niczyimi krokami. Latarnie zgasły, pozwalając, aby mrok przechodził w blady jeszcze świt, nieśmiało zaglądający do pozasłanianych roletami i firankami okien. Szczegóły. Nigdy dotąd nie zwracała na nie uwagi. Zazwyczaj nie miała czasu. Każdy poniedziałkowy poranek był pełen pośpiechu. Jej myśli biegły naprzód, planując dzień i kolejność czekających na nią obowiązków - tych w pracy i tych domowych; całe ciało natomiast ciążyło i błagało o jeszcze godzinę snu. Nie umiała zgrać tych dwóch połówek razem, i dlatego zwykle w poniedziałki była poirytowana i mało optymistycznie nastawiona do życia i całego tygodnia. 
Dziś jednak dostrzegła szczegóły. Drobne fragmenty, składające się na jedną całość. Piękną, gdy spojrzało się na nią z innej perspektywy. 
Była świadkiem dnia, który się rodził. Powoli, swoim rytmem, wybudzając uśpioną naturę nikłym światłem, przynoszącym obietnicę. Za szarymi chmurami był punkt, który niedługo przedrze się przez ciężką zasłonę, dotykając jasnością tego, co jeszcze ukryte. Wiedziała, że tam jest, choć jeszcze nie mogła tego światła zobaczyć. Czuła jednak ciepło, które wypełniło ją od środka, dotykając najpierw serca, z którym miała ostatnio kłopoty. 
"Przecież to wszystko jest w nas" - pomyślała. - "To jest we mnie. W moim patrzeniu na świat i na poniedziałkowe poranki. W moim nastawieniu do tego, co przyniesie dzień. W oczekiwaniu na cud, obok którego przechodzimy obojętnie". 
Na jej parapecie przysiadł gołąb. On też już nie spał, ale nie wyglądał na zmartwionego tym faktem. Wtulił gołębi łepek w pierzaste ciepło i obserwował ciekawie świat, który coraz śmielej zaczynał już swoją poranną odprawę. Na trawniku przed blokiem pojawiły się psy, pełne energii obwąchujące pozostawione dla nich wiadomości. Sąsiad z czwartego piętra, który zaczynał dzień jeszcze wcześniej niż ona, walczył z garażowymi drzwiami, chcąc dostać się do swojego służbowego samochodu. Po osiedlowej alejce przesunęły się dwa przygarbione cienie, zmierzające w stronę kościoła; a ulica nagle zapełniła się tymi, którzy już podjęli z banku życia swój dzień. Kolejny i niepowtarzalny. Pełen cudów, czekających na odkrycie. Cenny, bo przecież nie wiadomo, ile ich jeszcze zostało...
Uśmiechnęła się. Do siebie. Do świata za oknem. Do poniedziałku. Odstawiła pustą filiżankę do zlewu i sięgnęła po kosmetyczkę, w której miała wszystkie potrzebne przybory, które uzbroją jej twarz w służbową maskę. 
Zaczynała nowy dzień i była na niego gotowa. Otwarta. Ciekawa wyzwań, jakie przyniesie. Szczęśliwa. 
Monika A. Oleksa

A więc oswajamy poniedziałki... :D 

Fot. Marcin Piotr Oleksa
               

3 komentarze:

  1. Pięknie opisałaś ten poranek Moniko..tak pięknie,że aż by się chciało budzik na 5,50 nastawić:-) ale to - na środę sobie zostawię.:-)
    Dobrego poniedziałku i dobrego :-)))))) tygodnia życzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękna opowieść, pozwalająca się zastanowić nad życiem, powodująca, że zwalniamy...Zauważyłam, że ludzie nie doceniają wielkiego daru jakim jest nowy dzień naszego życia. Opatrzność nas tak hojnie darzy, tylko, czy my zawsze to doceniamy...Bardzo obrazowy opis, ja, mając wyobraźnię taką chyba ponad przeciętność potrafię sobie wyobrazić bohaterkę:))) Pozdrawiam serdeczni:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem śpioszkiem, więc ciężko jest u mnie z tym porannym wstawaniem. Chciałabym, właśnie tak jak piszesz, obudzić się wcześniej, znaleźć czas na celebrowanie tego poranka, na chwilę zadumy... Jednak zwykle śpioch, który siedzi we mnie, wygrywa. :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń