Literackie czwartki: Okno od kuchni

Fot. Michał Oleksa 



Tak mi się splotło słowo do słowa, przynosząc historię, którą zobaczyłam gdzieś w głębi swojej pisarskiej duszy...

Przez uchylone okno wpadało rześkie, jesienne powietrze. Oświetlony październikowym słońcem świat uśmiechał się do ludzi kolorami jesieni i zapraszał do spaceru i zachwytu nad nim.  
Bożena zaparzyła dla siebie kawę i usiadła przy kuchennym stole, upajając się zapachem, który ją energetyzował. Lubiła jak jej dom pachniał kawą. Ten zapach dawał jej poczucie, że jej mieszkanie jest domem, który żyje i w którym naprawdę się mieszka; bezpiecznym i oswojonym. 
Cisza panująca w domu uspokajała. Bożena lubiła ciszę, ale w mieszkaniu wypełnionym ludźmi rzadko mogła ją odnaleźć. Z pokoju nastoletniego syna wciąż dobiegały głośne dźwięki muzyki, której Bożena nie pojmowała; jej dziewiętnastoletnia córka przez większość czasu, jaki spędzała w domu, rozmawiała przez telefon z przyjaciółkami lub ze swoim chłopakiem; a mąż był uzależniony od wiadomości. Od popołudnia dom wypełniony był hałasem i dla ciszy nie było już tam miejsca. 
Mocna kawa dawała zastrzyk energii. Bożena potrzebowała jej, aby zmierzyć się z tym wszystkim, co na dzisiaj zaplanowała. Wzięła ten dzień wolnego, aby pozałatwiać i uporządkować to, co od dłuższego czasu odkładała na później. Życie tak goniło, że za nim nie nadążała. Dzień, tak podobny jeden do drugiego, zaczynał się ciemnym świtem i kończył równie ciemną nocą. Praca, zakupy, dom. Czasami fryzjer, od święta kosmetyczka, rzadko spotkanie z przyjaciółką, bo czas. Ucieka. Pogania. Wciąż go nie starcza. Za dużo zajęć. Za krótka doba. I coraz więcej wszystkiego na "potem". Dobra książka. Spotkanie. Koncert. Teatr, w którym mieli bywać co miesiąc. Teraz nawet do kina chodzili raz w roku. Bożena nie winiła Pawła. Oboje tak samo dali się wciągnąć tej powtarzalności dni i pędowi bez tchu. Przyzwyczaili się do siebie i życia takiego, jakie mieli. I choć czasami uwierało, to jednak nie na tyle, aby coś zmieniać. Tak było bezpieczniej. I wygodniej. 
I tylko... to spojrzenie. Delikatne, nie natarczywe. Nieco zaciekawione. Ciepłe. Chodziło za nią, wraz z nieśmiałym uśmiechem, który czasami łapał ją w biegu po korytarzu, albo przy pracy. W tym spojrzeniu było zainteresowanie i Bożena wyraźnie to dostrzegła. Te oczy, na które natykała się codziennie w pracy obudziło uśpioną kobiecość. Paweł już dawno przestał zauważać co miała na sobie; niebieskie oczy natomiast wydawały się dostrzegać każdy nowy szczegół. To dla niego kupiła ostatnio nową garsonkę w odważnym kolorze czerwieni. Spodobała mu się. Widziała ten błysk zaciekawienia i podziwu w jego oczach. Dostrzegła też uśmiech i wysoko podniesiony kciuk, wyrażający aprobatę. 
Czekała na te spotkania. Na przypadkowe muśnięcie, gdy ich dłonie w tym samym czasie dotknęły klamki. Na uderzenie gorąca, gdy brakowało tchu, bo był za blisko. Na świadomość, że jest zauważana i że pomimo swoich czterdziestu ośmiu lat, ktoś zwrócił na nią uwagę. I nie było ważne to, że nie zamienili ze sobą słowa i że tak naprawdę nie wiedziała nawet, jak ma na imię ten dużo młodszy od niej mężczyzna, który patrzył na nią tak, jak Paweł przestał wiele lat temu. Ważne było tak naprawdę to, że kwitła i jaśniała. Ale najważniejsze, co podarował jej ten młody mężczyzna to odnaleziona radość życia, które mogło rozkwitnąć na nowo, bez względu na to, ile miała lat. Bożena uświadomiła sobie, że tak naprawdę to sama skazała się na ucieczkę za mur, który wybudowała i który odgradzał ją od świata, z którym przestała się identyfikować. Uważała, że należał on do ludzi młodych, dużo młodszych niż ona. Nie umiała tam odnaleźć swojego miejsca, poza domem i rodziną, która w pewnym momencie przestała jej potrzebować tak bardzo, jak kiedyś. Dzieci miały swoich przyjaciół i sprawy, z którymi już nie biegły do niej i których strzegły, jako swojej prywatności. Paweł pracował tak dużo i tak intensywnie, że dla Bożeny nie starczało już czasu. Czuła się samotna i odsunięta na dalszy plan. Zmieniło to jedno spojrzenie. Poczuła, że nie jest jedynie matką i żoną, ale kobietą. Kimś, kto zasługuje na dużo więcej, niż wyuczoną na pamięć trasę praca-dom. 
Dopiła ostatni łyk kawy i uśmiechnęła się do świata za oknem. Był tak piękny, że postanowiła przyjrzeć mu się z bliska. Sięgnęła po płaszcz i w przelocie zerknęła na swoje odbicie w lustrze. Spodobała się sobie. 
"Pranie może poczekać" - pomyślała, cicho zamykając za sobą drzwi. 
Monika A. Oleksa    


Fot. Marcin Oleksa

 

 

Komentarze

  1. Będzie dalszy ciąg? Swoją drogą kobieta to dziwne stworzenie-niby nic się nie stało ,a zmienia się wszystko.Jak ona w środku sobie tam poprzestawia -to zmienia się wszystko w niej i cały świat dookoła także
    .Panowie ,panowie- nasi kochani mężowie -zerkajcie na nas czasem oczkiem zachwyconym -wtedy rozkwitamy dla was i dla całego świata ;-)Nasze umiejętności są nieograniczone w tym temacie.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Podaj dalej

A w tle kwitną jabłonie...

Literacka Kanapa z Gwiazdą: Paweł Rosak