czwartek, 24 października 2013

Literackie czwartki: Szczęście na opak:)

Fot. Marcin Oleksa

Dalsza część o codzienności młodych studentów prawa:) Przypominam, że dwie pierwsze części znalazły się w literackich czwartkach pod tytułem Wygrzebane:) ( z mojej szuflady skarbów wszelakich:D)

1 październik, wtorek

- Prosimy o ciszę! - chrząknął w mikrofon doglądający porządku mały, łysiejący. - Proszę powstać. Będziemy śpiewać. 
Tłum młodych ludzi zafalował i powstał z krzeseł, by w ciszy, której udało się zapaść, wysłuchać nadwyrężonej czasem wersji hymnu studenckiego. Po krótkim przemówieniu pomarszczonego dostojnika, który okazał się być dziekanem wydziału prawa i administracji, nastąpił moment kulminacyjny - pasowanie na studenta. 
Mariusz mocno ściskał w ręku nowiutki indeks i wpatrywał się w nowe twarze, podchodzące kolejno do dziekana. Zapomniał o obecności Klary, widział tylko masywną katedrę, pomarszczonego dostojnika z orlim nosem i jego rękę opadającą na ramię każdego studenta. I nagle... tak! Nie mógł się mylić. 
- Pani Aleksandra Młynarska. 
Patrzył zafascynowany na wdzięczne ruchy dziewczyny, gdy powoli, drobnymi kroczkami wchodziła na podwyższenie i wyciągała rękę po indeks. 
To ona, Ola!
Uśmiechnął się błogo, a Klara, która właśnie spojrzała na kolegę zastanowiła się, czym on się mógł zadławić? Nie czekając na dalsze reakcje chłopaka, przestraszona wizją uduszenia, klepnęła go mocno po plecach z takim rozmachem, że Mariusz wylądował nosem w bujnej fryzurze siedzącej przed nim blondyny. 
- No co ty? Zwariowałaś?
- Chciałam ci tylko pomóc przełknąć. Poszło?
- Co posz... - w tej chwili przypomniał sobie, że miał nie spuszczać wzroku z Oli. Natychmiast spojrzał w stronę katedry i... o zgrozo! Oli już tam nie było. Znowu zniknęła mu z oczu i niemożliwością było odnaleźć ją w tym tłumie. 
- Poszło - mruknął smutno. 
- To trzeba popić. Inaczej może ci stanąć w przełyku. 
Mariusz nie rozumiał, o czym mówi ta dziwna koleżanka. Doszło do niego tylko to, że coś trzeba popić. Natychmiast podchwycił tę myśl. 
- Doskonały pomysł. Chodźmy do barku na coca-colę. 
Klara uśmiechnęła się, ukazując białe zęby aż do czwórki włącznie. Fajny był ten Janik.

                                             ... 

Albano Bali Nagula stał przed lustrem w małym, akademickim pokoju i spoglądał z dumą na swoje rozbudowane ramiona. 
- Eksztra, eksztra! - błysnął białymi zębami i z zachwytem popatrzył na swój obnażony, zarośnięty tors. 
- Tata mieli wspaniała idea posłać mię na nauki. Eksztra!
Mniejsza jego miniatura z nieco wątlejszymi ramionkami i mniej zarośniętym torsem zatarła dłonie z radością. 
- Nasz pan mądra głowa. On wiedzieć, że nam potrzeba naumiana następca. On wysłać jaśnie pana do Polska, do uniwersyteta prawa. Mądra głowa! A Wentura mieć pilnować jaśnie pana i... 
- Cichać! - Albano oderwał się od swojego odbicia w lustrze i uważnie popatrzył na swojego pobratymca, z którym przybył do Polski, by studiować prawo. - Albano znaleźć żona! Ona już moja jest. Ona mądra żona. W nasz kraj. 
- O laba, laba! Pan nie chcieć łamać wola króla! Pan Albano mieć figura na żona w nasza kraj. Pan nie wolno tutaj brać żona! Król gniewać się, on mądra głowa, on wiedzieć... 
- Cichać! Wentura, ty gadać zbyt dużo kawałek. Albano znać, co robić. Cichać!
- O laba, laba!
- Cichać! Gotować kąpiel! Albano chcieć kąpać. 
Nie czekał już na odpowiedź, tylko na nowo zapatrzył się w lustro, wspominając uroczy uśmiech Ewy. 
Wentura westchnął tylko i zniknął w łazience, aby przygotować kąpiel dla swojego pana. 

                                           ... 

Mariusz sterczał pod znajomym murem, do którego zdążył już się przywiązać. Październik przyniósł już jesienny chłód i chłopak mocniej otulił się kurtką. 
Wpatrywał się w jedno, znajome okno, za którym powinna znajdować się Ola. 
Tymczasem pod klatką wieżowca, niedbale wsparty o motocykl, stał rudy Bob. Twarz posiniała mu już od jesiennego zimna, ale nie odpuszczał. Spoglądał na komórkę i na okno, w które z uwielbieniem wpatrywał się Mariusz. 
- Olka! Oooolkaaa! - dał się słyszeć uroczy krzyk rudzielca. 
- Ooolkaaa!
Mariusz drgnął nagle przestraszony, bo jakaś czarna głowa przysunęła się do jego ramienia. 
- I tak nie wyjrzy - usłyszał cichy, chłopięcy głos. Spojrzał w dół i dopiero teraz rozpoznał Diabła. 
- Cześć - chłopiec pokazał wszystkie swoje zęby i z życzliwością popatrzył na Mariusza. 
- Cześć - odpowiedział, przenosząc wzrok na rudzielca i znajome okno. - Dlaczego ona nie wyjrzy? Nie słyszy go? 
- Oszalałeś? Umarły by usłyszał. Nie wyjrzy, bo już się nim znudziła. Nie lubi rudych. 
- Co ty powiesz? - Mariusz podskoczył zachwycony i przygładził swoje jasne, skręcone kędziorki. Nie były rude, raczej ciemnoblond. 
- Jak chcesz wiedzieć więcej... - Diabeł na chwilę umilkł i liczył coś na palcach ze skupieniem. 
- Ile! Dwa Snickersy? A może Marsa? 
- Nieee, powiem ci, bo jesteś fajny. Lubię cię. Ona teraz wychodzi do jakiejś kafejki "Kaj". Umówiła się tam z Ewką, swoją przyjaciółką. Wiesz, gdzie to jest? 
Mariusz dostał skrzydeł. 
- Jutro przyniosę ci czekoladę! - krzyknął jeszcze za siebie i pogonił na spotkanie swojego przeznaczenia. 
Diabeł został sam. 
Nudno było. 
Mógł nic nie mówić temu kręconemu, to by jeszcze z nim postał. Ale... szkoda mu było tego chłopaka. On był jakiś inny. Nie pasował do Oli. I co oni w niej widzieli? Zwykła baba, jak każda inna. 
- Gdzie on poszedł? 
Nie zdążył rozpakować Snickersa, którego właśnie wyjął z kieszeni, gdy zobaczył nieziemskie zjawisko. 
To była kobieta... 
Przed nim stała mała, pękata beczułka w okularach z białymi oprawkami. Jej włosy, nieokreślonego koloru jakby lnu, splątane były na czubku głowy w wielki kołtun, niebieskie oczy wpatrywały się w Diabła pytająco, a zaciśnięte usta domagały się natychmiastowej odpowiedzi. 
- Gdzie on poszedł?! - powtórzyło groźnie zjawisko, a Diabeł jęknął z podziwu. 
- O jejku! Ale jesteś fajna! 
- Powiesz mi wreszcie, gdzie on polazł? 
- Do "Kaja". Lubisz Snickersy? 
- Uwielbiam. Za nią pewnie poleciał. 
- Za nią. Masz, ja nie chcę - wyciągnął rękę, a dziewczyna dopiero teraz spojrzała na niego uważniej.
- Co to jest? 
- Snickers. powiedziałaś, że lubisz. 
- Aaaa, dzięki. 
Diabeł patrzył z zachwytem, jak pękata beczułka rozszarpuje batona, a potem dużymi kęsami wpycha w siebie orzeszki oblane karmelem i czekoladą. Snickers zniknął w jej ustach w rekordowym tempie. 
- Jak się nazywasz? - Diabeł był zaintrygowany nową nieznajomą. 
- Buba. 
- Tak masz na imię? Fajnie.
- Głupi, to nie imię. Na imię mam Karolina, ale wszyscy mówią na mnie Buba. 
- A na mnie Diabeł. 
- Widać. - Buba zatopiła swe jasne oczy w czarnym spojrzeniu. 
- Dlaczego on za nią lata?
- Nie wiem. Może mu się podoba? Inni też za nią latają.
- Inni mogą, ale nie on. 
- A dlaczego on nie może? 
- Bo... bo... - Buba zająknęła się, a potem zaczerwieniona spuściła głowę. - No bo nie. 
- A... - Diabeł pokiwał ze zrozumieniem głową. Wiedział już, że tu chodzi o poważne sprawy. 
- Jak chcesz, to ja mu mogę ją obrzydzić. Dużo o niej wiem. To moja siostra. 
Buba spojrzała z zachwytem na nowego przyjaciela.
- Zrobisz to? 
- No jasne. Jeśli tylko chcesz... - jego uśmiech jeszcze nigdy nie był tak promienny, jak w tej chwili. 
- Pytanie! Jasne, że chcę!
- To przyjdź tu jutro o siódmej. Znowu będę miał Snickersa. 
- Dobra, ale pamiętaj... masz mu ją obrzydzić niemożliwie, tak, żeby nie mógł na nią patrzeć. 
- Jasne. 
Buba kiwnęła głową z aprobatą i oddaliła się w stronę placu zabaw, a Diabeł dotknął okolicy swojego serca i westchnął z rozkoszą. 
Po raz pierwszy w swym jedenastoletnim życiu był zakochany. 
cdn:)
Monika A. Oleksa, 1991r.   


Fot. Marcin Oleksa

        

 

2 komentarze:

  1. Kiedy czytam o tych młodych ludziach, to cofam się w czasie-juz to kiedyś pisałam. Wtedy zaczytywałam się w tzw.literaturze młodzieżowej, o pierwszych miłościach,zauroczeniach...i znów czuję się jakbym miała naście lat ;-)Piękne to- Moniko

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg:)

    OdpowiedzUsuń